Oddychać, nie zdychać

Umrzeć dla samego siebie – hasło rzucone przez Jezusa (i doskonale przezeń wypełnione) kojarzy się często i niesłusznie ze smutnym umartwianiem i jedną nagrodą: życiem po życiu. A gdzie zabawa, gdzie przygoda?

Otóż powiem wam: przygoda zaczyna się od właściwego zrozumienia tego niesamowitego wezwania:

Jeśli kto chce pójść za mną, niechaj się zaprze samego siebie i bierze krzyż SWÓJ na siebie codziennie, i naśladuje mnie. Kto bowiem chce zachować duszę swoją, straci ją, kto zaś straci duszę swoją dla mnie, ten ją zachowa” (Łuk. 9:23-24, dusza – z gr. „psyche”, stąd psychika – może też oznaczać po prostu życie lub tchnienie życia).

Wytłuściłem słowo „swój”, bo to ważne, żeby wiedzieć, czym jest „MÓJ krzyż”. Mam szukać guza, czy jak? Bynajmniej! A czym był krzyż dla Jezusa, jeśli nie wyrazem miłości do człowieka? Był też ceną, którą zapłacił za to, by uwolnić świat – każdego z nas z osobna – od grzechu. Jak to się przekłada na moje życie?

Czy pamiętacie film „Podziemny krąg” („Fight club”) z Bradem Pittem? Jego główny bohater – charyzmatyczny lider organizacji spiskowej, „dla rozgrzewki” nakłania członków klubu do atakowania przypadkowych, obcych mężczyzn. Można bić, polewać wodą, kopać, rzucać przedmiotami – byle sprowokować do bitki. I zaczyna się sekwencja komicznych, absurdalnych scen, w których mężczyźni zaczepiają innych, „bogu ducha winnych”, zdezorientowanych facetów. Ci reagują na agresję różnie: krzyczą, uciekają, bronią się… Żaden, rzecz jasna, nie odbiera tego pozytywnie.

Jest jednak inny, o wiele bardziej charyzmatyczny przywódca, który nakłaniał do… okazywania miłości. Ci, którzy radykalnie poszli za jego wezwaniem, zaczęli szukać okazji do opowiadania jednej prostej i mocnej historii, a przy okazji pomagania, uzdrawiania, uwalniania od złych duchów itd. Wywołali i wywołują do dziś chaos i zamieszanie, gdziekolwiek się znajdą. Niektórzy przypłacili to życiem, ale żaden nie żałował. Pachnie przygodą? W istocie, to zabawa nie na żarty, że tak powiem.

A mówiąc jaśniej, w odpowiedzi na zadane wyżej pytanie „jak to się przekłada na moje życie?” – chodzi o wyrażanie miłości do ludzi – tak, jak bohaterowie „Podziemnego kręgu” wyrażali agresję. To jest okazywanie dobroci (jeśli zajdzie potrzeba, w nadnaturalny sposób) z istotnym dopiskiem: w imieniu Jezusa. Wszystko, co będę musiał poświęcić, żeby iść tą drogą, mogę nazwać swoim krzyżem.

Przede wszystkim jednak każdy naśladowca Chrystusa musi pogodzić się z tym, że dla Niego straci duszę, tzn. przestawi całą psychikę na nowe tory. Można to też nazwać odnowieniem umysłu albo „postradaniem zmysłów” – na wzór zakochanych. Bo właśnie miłość jest tutaj iskrą zapalną.

Autor: jpz2

Powiązane posty: