Oczyszczenie

Lunęło. Stanąłem pod daszkiem McDonaldsa przy Puławskiej. – „Jestem na to przygotowany”. – Pomyślałem z zadowoleniem i odpiąłem gumę z bagażnika, otworzyłem swoją nieprzemakalną sakwę, żeby sięgnąć kurtkę. Gdzieś nad wyścigami na Służewcu strzelił piorun. Niebo zasnuło się jeszcze ciemniej. Ruszyłem.

Usadowiłem się na pasie do skrętu w lewo. Taki pas to moja jedyna opcja. Bardzo nie lubię schodzić z roweru na przejściu dla pieszych, a jechać przez zebrę – to się narażę jakiemuś mundurowemu, który stoi za rogiem. No więc jadę jak samochód. Jadę i czuję na plecach setki kropel – jakby mnie kto okładał gałęziami, świeżo z drzewa zerwanymi.

A dosłownie wczoraj sam rwałem gałęzie z drzewa, systematycznie i

celowo. O, to było tutaj, na tym chodniku! Przy Alei Lotników i Wołoskiej. Zaczepił mnie facet:
— A pan po co te gałęzie łamie? – Krzyknął z odległości, już z marszu nabzdyczony.
— Bo codziennie walę w nie głową. – Wyjaśniłem. Całkiem racjonalnie. No i też krzyknąłem, inaczej by nie słyszał. Nie lubię takiej rozmowy krzyczanej.

Ale on widać miał jakiś problem ze mną, bo czepiał się dalej:
— Przede wszystkim to pan nie powinien tu jeździć.
— A czemuż to? Proszę sobie przepisy poczytać.
— Chodnik szeroki na ponad dwa metry, obok ulica z ograniczeniem do 50 km/h. – Wystrzelił jak prymus na egzaminie.

Kurde, z tym chodnikiem to bym polemizował – jest dość szeroki. Ale z ulicą się nie obronię. Tak, teraz sobie przypomniałem i tę zasadę (trochę głupia, ale jednak jest).
— Piesi tutaj też zawadzają głowami. – Krzyknąłem jeszcze, próbując wrócić do meritum.
— Jak ktoś jest burakiem i pajacem to nic mu… coś tam, coś tam… – Krzyczał dalej niewyraźnie, odchodząc. 

O, jak ja to dobrze znam: „powiedział, co wiedział i spieprza”. A potem siądzie taki przed komputerem i wypisuje bluzgi na forach, wena mu się nigdy nie kończy…
— Chce pan jeszcze porozmawiać, a może przejść na ty? – Siliłem się na uprzejmość.
— No to cho! – Szczeknął, ale już do mnie nie zawrócił. Bo i po co?

Za tę rozmowę postawiłem sobie czwórkę z minusem, bo… nie dałem się sprowokować do szczekania, do obrażania. Z drugiej strony nic też z tego nie wynikło. Właściwie nie wiem, nie zapytałem, co mu przeszkadza w tym łamaniu gałęzi, które wszyscy muszą przecież omijać, żeby głowy nie poharatać. 

Jechałem dalej, a deszcz padał i padał rzęsiście: na plecy, na kask i kaptur, na ręce i nogi. Zalewał obficie okulary. Buty nasiąkły mi jak gąbki. Z naprzeciwka jakiś zadowolony z siebie gość na rolkach minął mnie, pokazując kciuk. Uśmiechnąłem się do niego. W ostatniej chwili, mam nadzieję, że zauważył. Myślałem o tej wczorajszej pyskówce i o innych swoich złościach i błędach. Ten deszcz mi się podobał coraz bardziej. Oczyszczający deszcz!

Gdybym wyszedł dziesięć minut wcześniej lub później, pewnie jechałbym teraz autobusem lub metrem. A tak – jadę w deszczu! Nie ma przypadków. Deszcz i deszcz, a w myślach rachunek sumienia. Zacząłem śpiewać starą piosenkę i między wierszami nie mogłem powstrzymać śmiechu, z radości:

Twa krew – ona głosi, że
Przebaczono mi
Wszystkie grzechy me
Twa krew oczyszcza mnie…

Gdy zajechałem na parking pod pracą, wciąż jeszcze siąpiło. Nawet zawahałem się, czy przypinać rower. Kto by go chciał wziąć w taką pogodę? Wszedłem do instytutu, ściągnąłem buty i skarpetki ociekające wodą, a dalej boso. Ale byłem szczęśliwy.
Autor: jpz2

Powiązane posty: