Nóż

— To co, robimy sok? – Przypominam Fi.
— Tak!
— No to najpierw muszę obrać jabłka.
— A ja obiorę banany.
— Świetnie! No, pierwsze jabłko obrane.
— Muszę przekroić banana.
— Chcesz nóż? – Głupie pytanie. Podaję mu.
— Tak. – Fi. bierze i nacina. Próbuje.
— Złap dalej, będziesz mógł pewniej chwycić i się nie potniesz. – Patrzę mu na ręce. – Naciskasz dobrze, ale jeszcze przesuwaj, to wtedy będzie ci szło.
— Tato, zobacz, przeciąłem!
— Brawo! Nauczyłeś się kroić?
— Tak, i stałem się prawdziwym…
— …kucharzem?
— Prawdziwym kucharzem, jak ty. I jak mama, i babcia.
— Ha ha, no pięknie! – Śmieję się, bo takiego tekstu się zupełnie nie spodziewałem. Raz, że prawdziwym kucharzem nie jestem. Dwa, że dla Fi. najwidoczniej jestem, zresztą to miłe. Trzy, że tak głośno wyraża aprobatę dla… samego siebie. To mi się bardzo podoba! No i cztery, że dał radę. No bo właściwie czemu miałby sobie nie poradzić? I w tej sekundzie przypominam sobie werset:

„Miłujcie waszych nieprzyjaciół, błogosławcie tym, którzy was przeklinają, dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą i módlcie się za tych, którzy wam wyrządzają zło i prześladują was; abyście byli synami waszego Ojca, który jest w niebie”. (Mt 5:44-)

Czemu miałbym sobie nie poradzić? I z dziecięcą dumą powiedzieć: Boże, teraz jestem jak Ty!
Autor: jpz2

Powiązane posty: