Niepamięć

Zdziwiłem się. A potem wyjąłem sobie z kontekstu te kilka słów, które najbardziej mnie interesowały. Powtórzyłem je sobie w myślach, żeby się przekonać, że nie przesłyszałem się. I żeby sobie zapamiętać. I sobie to zinterpretowałem, najgorzej, jak można było. – „Choć przecież wciąż uczciwie”. – Zapewniłem sam siebie. I się rozgniewałem, bardzo. Miałem ochotę rzucić tym serem, który właśnie wyjąłem z opakowania – wagi 465 gramów – w ścianę. Nie, w stolnicę, żeby nie trzeba było dużo sprzątać. A przecież chodzi tylko o to, by okazać gniew. A potem wyjdę z domu i trzasnę drzwiami. O, tak! 
Wtedy… nie rzuciłem serem, tylko zacząłem go rozgniatać widelcem, razem z jajkiem, mąką pszenną, orkiszową i ziemniaczaną. I gnieść dłońmi, do tego szczypta soli. Przepis na leniwe jest mimo wszystko kiepskim przepisem na wyładowanie złości. W czasie tego rozgniatania trochę też użaliłem się nad sobą, bo… te słowa, ta moja ich interpretacja oraz to, co powinno być logicznym następstwem (gdyby to serio potraktować) – zabolało. Miałem ochotę to wykrzyczeć, ale musiałem milczeć zacięcie. Sam sobie to nakazałem. Milczenie bywa równie wymowne, co paplanie, a przynajmniej nikt nie posądzi cię o głupotę. A najprędzej ty sam siebie nie posądzisz. I nie będziesz chciał cofnąć swoich słów. Rzadko kto chce cofnąć swoje milczenie. Takie już ono jest. 
– „Ale jak tak można? Takie paskudne uogólnienie! Pała do dziennika (na lekcji relacji międzyludzkich). Nie ma, że się wyrwało, że się nie pomyślało. Nie ma litości!” – Myślałem natrętnie. Wówczas jedna myśl to jest cztery słowa powstrzymały mnie przed wypowiedzeniem: „miłość nie pamięta złego”. Pieprzenie. „Miłość nie pamięta złego”. Głupota. „Miłość nie pamięta złego”. Absurd. „Miłość…” Niepamięć? Nie. To niemożliwe. 
A może chodzi o to, by udawać, że niczego nie było? To też nie. Chociaż jakby bliżej prawdy… A może… nazwać to, co było złe, a potem zachowywać się tak, jakby to już nie miało znaczenia? A więc: odpuścić. Odpuścić? Wybaczyć. Nic wielkiego. Trzeba tylko pokroić wałki ciasta w romby i wrzucić na osolony wrzątek. Wyjąć dymiące na talerz. Masło się rozpuszcza, cukier w maśle, śmietana na cukrze. Dzieci zawołać. O, nawet chcą jeść. Chociaż za dużo mąki dałem. Leniwe są dobre wtedy, gdy potrafisz klejące się jeszcze ciasto uformować w zgrabne kluski. Jeśli przesadzisz – od razu to czuć. An. też je i ja jem. Tylko A. nie je, bo od dziecka nie lubi kluchowatych tworów. Pyzy i kopytka mogłyby w jej sennych koszmarach grać rolę potworów.
 
— Jesteś zły na mnie? – Pyta mnie, gdy już się napatrzyła na moją minę twardą, obojętną.
— Jestem. – Odpowiedziałem spokojnym głosem, który wybrzmiał niezwykle drażniąco dla mnie i obco. Jakby nie chciał wcale wychodzić z ust. Ja za to chciałem wyjść. I zabrałem dzieci. Usiadły w przyczepce. Pytałem: – „Gdzie teraz?” – I kierowały mnie: w prawo, w lewo, prosto. Wszyscy się przewietrzyliśmy. Położyłem je spać, wziąłem prysznic. Ułożyłem się wreszcie. Obok – pogrążona we śnie – A. A ja już dłużej nie pamiętałem.
«
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: