Nie mam NIC do stracenia

Trudno, myślę, nie zaszkodzi spróbować żyć naprawdę dla Boga. Przecież nic nie tracę, przeciwnie! I to nie jest nowa myśl (był zakład Pascala), ale na świeżo objawiona, wyśniona.

Śniło mi się, że zostałem zahibernowany. Jak zlodowaciała żaba w leśnej ściółce siedziałem w chłodni przez około pięćdziesiąt lat. Kiedy się obudziłem, wielu moich krewnych, przyjaciół i znanych ludzi już umarło, moja narzeczona była doświadczoną staruszką, a świat był już nie ten, co dawniej. Moje rzeczy, uporządkowane przez rodzinę, mieściły się w jednej walizce. Nadal miałem przed sobą większość lat swojego życia, ale… to oczywiste: kompletnie się załamałem, mistrzostwo świata w depresji.

Wtedy, jeszcze śniąc, zadałem sobie pytanie: – Czy mam jeszcze po co żyć? Wszystko jest inne, wszystko zmieniło się nieodwracalnie. Nie ożenię się już z kobietą, którą kochałem nad życie pół wieku temu. A choćbym nawet… Boże! Po co ja się w ogóle budziłem! To moje drugie życie jest nic nie warte! Zaraz… Czy to znaczy, że moje pierwsze życie było warte dokładnie tyle, ile straciłem? – Obudziłem się z gotową odpowiedzią: nie! Jest COŚ więcej i to nadaje smak, wartość całej reszcie, którą powinienem być gotów stracić, opuścić. Na co mi to? Zresztą gdy zacznę drugie życie jakby po hibernacji, zyskam stokrotnie. Zrozumiałem…

Wtedy Piotr odezwał się do Niego: – Oto my zostawiliśmy wszystko i poszliśmy z Tobą. – Jezus odpowiedział: – Zapewniam was, kto ze względu na Mnie i na ewangelię opuścił dom, braci, siostry, matkę, ojca, dzieci lub pola, otrzyma już teraz, w tym czasie stokrotnie więcej domów, braci, sióstr, ojców, matek, dzieci i pól, wśród prześladowań, a w przyszłości życie wieczne. (Mar. 10:28-31, BE).

Autor: jpz2

Powiązane posty: