Nic

To właśnie miało być: nic. Na naszych wakacjach chcieliśmy mieć czas bez czasu. Dlatego postanowiłem sobie mocno, że pojedziemy pod namiot. To było coś (prawie) nowego – z dziećmi. Bo ja sam przygodę z namiotem znam dobrze i lubię. Lubię zwłaszcza wtedy, gdy kapie, leje nań deszcz, który przestaje wówczas być wilgocią, mgłą i chłodem, a jest tylko dźwiękiem – kołysanką, azylem.
Mieliśmy w pamięci wyjazd pod koniec kwietnia w Góry Złote, gdzie z powodu złej pogody zaliczaliśmy atrakcje turystyczne. No bo żal płacić za siedzenie w miejscu. Zatem teraz mieliśmy pojechać gdzieś, gdzie jest tak tanio i ładnie, że można tam właśnie siedzieć… w miejscu. I siedzieć. To miejsce żeśmy znaleźli przypadkiem, dwa dni

przed przyjazdem: pole namiotowe koło Ostródy, nad jeziorem Szeląg.

Zatem siedzimy. Chodzimy na spacer. Idziemy na łódkę, wiosłuję nie wiadomo dokąd, by wrócić po godzinie, po dwóch. Rozpalam ognisko. Grzeję kawę dla A. na małym palniku pożyczonym od brata. Rozwiązujemy łamigłówki. Rysujemy. Dokarmiamy trochę łabędzie, trochę młode kaczki, kukurydzą, kaszą. Dla zabawy, bo przecież teraz im to niepotrzebne. Dzieci się cieszą. To wszystko się powtarza każdego dnia, spontanicznie, leniwie, bez planu. Czasem wypad do Ostródy. Tam jest duży plac zabaw, rowery wodne, lodziarnia…
W końcu wyjedliśmy z toreb prawie wszystko, co mieliśmy. Jedziemy do Lidla. Fi. śpi, więc zostaję z nim w aucie na parkingu. Mija dziesięć minut. A. z U. nie widać… Przypominam sobie, że mam książkę, więc czytam sobie. Mija minut trzydzieści. Dziwię się, że tak długo i po co tyle kupować. I już mam się zirytować, gdy przypominam sobie, że przecież nic się nie dzieje. Gdzie chcę zdążyć i po co? Ważne tylko, by przed zmrokiem wrócić. Może jeszcze te kiełbaski uda się upiec?
Przychodzi A. Mówię jej:
– O, po twojej minie widzę, że się wymęczyłaś z Ulą. – Ula zadowolona dynda nogami, które z wózka wystają.
– Oj, żebyś wiedział… – Przyznaje A., chyba trochę zdziwiona, że nie narzekam na czekanie, jak „zawsze”.
– Jesteś dzielna…
Telefon leży rozładowany dwa dni. Ładuję go u gospodarzy. Ale jakoś przywykłem już. Już nawet zdjęć nie robię. Może szkoda, może żal. A. przynajmniej trochę cyka, będzie na pamiątkę… czego? Właśnie niczego. I to jest najpiękniejsze. To nic, znaczy to Coś.
«
Autor: jpz2

Powiązane posty: