Nerwy

A. zawozi Fi. do przedszkola. Prawie co dzień musi też zabierać ze sobą U. – siłą rzeczy, bezwładności, ironią losu. U. czasem chce, czasem nie. Ale wychodzi i wraca z mamą. Jadą Dolinką. Dolinka zawsze o tej porze zapchana. Zwłaszcza od Nowoursynowskiej do Wilanowskiej. Ale U. to bierze za dobrą monetę. Dziecko nie wie jeszcze, nie zdążyło się nauczyć, że na pewne rzeczy w tym mieście po prostu się narzeka, bez dyskusji – jak na huczące nad Ursynowem samoloty, kiedy znów remontują główny pas startowy na Okęciu. Dziecko to bierze do wiadomości, jak jest i może mu się nawet podobać. No więc U. liczy te samochody, które są z boku i które są przed nią. Została swego czasu przesunięta z fotelikiem na środek, więc ma dobry punkt obserwacyjny.
– Tely, pieć… Tely pieć… – po swojemu. – Tely, pieć… – Fi. i A. słuchają tego. W końcu Fi. się odzywa, czym daje poznać, że wzbierała w nim od niejakiej chwili dzika złość:
– Tely, pieć… Tely pieć… – po ulowemu. Ma na twarzy uśmieszek złośliwości i udręki zarazem. Fi. – mistrz dykcji od lat najmłodszych.
– Filo, nie!!! – Denerwuje się mała.
– Tely, pieć… – Nieustępliwie szydzi starszy brat.
– Top, top! Nie licz, nieee liiicz! – Wrzask małej dziewczynki, która potrafi wrzeszczeć.
Tutaj dochodzi do rękoczynów, zaś A. zaczyna przez chwilę żałować, że mnie poprosiła o przesunięcie fotelika U. na środek. Bo znów są blisko siebie. Ale żałuje tylko przez chwilę. Pod nosem się śmieje. Właściwie jawnie i głośno się śmieje. A dzieci kończą etap okładania się i przechodzą do płaczu i skarg. Zza kierownicy mama stara się pocieszyć, jak może. Sytuacja wydaje się być opanowana. Ale dzień się nie skończył. 
Kilka godzin później Fi. wraca. Oczywiście z A. i znów z U., i… teraz schody. Cała trójka wdrapuje się na to trzecie piętro. U. skrupulatnie liczy:
– Dwa, ćsi… Dwa, ćsi… – A. zerka tylko ukradkiem na Fi., już widzi, że coś nie tak. Wkurzony, czy co… Idą i idą. – Dwa, ćsi… Dwa, ćsi… – U. zadowolona z siebie. O, tak już dłużej być nie może! Fi. rozpoczyna interwencję w celu przywrócenia równowagi we wszechświecie. Przyskakuje do siostry, nachyla się i zbliża, i prosto w jej twarz wystrzeliwuje crescendo:
– …cztery pięć sześć siedem osiem dziewięć dziesięć!!! 
– sięć-ęć… – donośne echo klatki schodowej znów przyprawia A. o stres. Ale tylko na chwilę. Pod nosem się śmieje. Właściwie jawnie i głośno się śmieje. Trzeba mieć nerwy.
«
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: