Nasycenie

W uszach grał akurat kawałek tureckiego Taksim Trio – fragment poranka Dwójki. Muzyka już sama w sobie mogłaby wprawiać w stan dziwnego zawirowania – jak po serii piruetów, gdy błędnik dochodzi do siebie. Do tego jeszcze mój ruch na rowerze, pęd powietrza. I kolorowe liście migoczące na ciemnej, asfaltowej ścieżce, i kasztany jak klejnoty – nabrzmiałe i lśniące w odcieniach soczystego brązu. I na niebie „ptaków oszalałych czarny wiatr”, i ich odbicie w kałużach. Ledwie najeżdżałem na nie oponą, rozbryzgiwały się: wilgoć ziemi wpada w wilgoć powietrza. Tylko ja przecinam ją jak nóż przez biały ser; mój nos – jak czubek noża. Tak czuję, porywisty wiatr pędzący mżawkę dął właśnie w moim kierunku. Ktoś mógłby powiedzieć: pogoda pod psem. Dla mnie to był właśnie wyjątkowy dar, uczucie nasycenia sobą samym, by nie powiedzieć górnolotnie „życiem”. Opadało to ze mnie razem z kroplami gorącej wody, rozgrzewającymi uszy, łopatki, kolana. Odżywało, gdy po pracy siedziałem z dziećmi. A. poszła snem ukoić ból głowy. A my robiliśmy to, na co była ochota: książki, zagadki, naleśniki, łaskotki, siku, rysunki… Byle byli wszyscy zadowoleni, dostrzeżeni, pocieszeni, zabawieni, zaciekawieni, przytuleni. Byle byli.
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: