Narzekactwo

Jechałem rowerem przez Wołoską. Godzina siódma ileś, mało ludzi. Myśli budują słowa, słowa – świat, więc zaczynam śpiewać. O Bogu, który mnie uratował, któremu jestem wdzięczny, który jest wielki, kocha mnie. Rozkręcam się, bardziej w sensie śpiewu, nie pedałowania. Bo jadę, jak jadę. Z wiatrem walczyć nie będę. Cieszę się jednak na ten wiatr i warkot aut, bo mogę się trochę wydrzeć. Parę razy ściszam głos, bo czasem zbliżę się do innego rowerzysty na światłach, czasem ktoś mnie wyprzedzi.

Wtem jakiś furgon zastawia mi przejazd ścieżki rowerowej. Tego to ja nie lubię! Już zrzędzę pod nosem. Ale to mi nie pasuje do tego, co z ust, z głowy czy z serca wychodziło przed chwilą. No tak, „nie może jedno źródło dawać wody gorzkiej i słodkiej” – Jakub pisał. Coś nie gra. Hej, a gdyby tak nie narzekać? Czy się da? Tak… w ogóle? Nawet jednego zrzędliwego słowa nie powiedzieć? Nawet wtedy, kiedy aż się prosi! Tak! Postanawiam: nie będę narzekał! Nawet w myślach. Gdy jednak znów to zrobię, wstanę i zacznę od początku!

Przyszła do mnie znajoma w pracy: – „Kiedyś myślałam, że ludzie są dobrzy. Wie pan, tak mnie wychowali”. – Mówi, bo znowu temat cudzej złośliwości wyszedł.
– O, to teraz Pani filozoficznie zaczęła.
– Ale tak było. A teraz to już… za dużo widziałam i słyszałam. A pan jeszcze się trzyma jakoś przed tymi – no, wie pan – osobami. Pana jeszcze nie skaziły, co?
– A panią?
– No, mnie już skaziły. – Śmieje się.
– Trudna sprawa. Życie weryfikuje, tak? – Ja też tak pół żartem odparłem. – Ale z drugiej strony, jak to mówił Jezus, nie to co wchodzi, ale to, co wychodzi z ust – to kala człowieka.
– A… – Zamyśliła się. – To tak, to z tej strony też by można.
– Ale łatwo powiedzieć, co? He, he. Panu Jezusowi uczniowie też mogliby tak powiedzieć: Jezu, łatwo powiedzieć. He, he.

Jadę znów do domu. Mijam ten kamień przy płocie, obok stacji Lukoil, gdzie często widzę tę samą parę pijaczków – okropnie postarzonych przez alkohol. Nie tylko oni tam piją, ale oni najczęściej. Tym razem trzech facetów stoi tam z puszkami piwa. Pf-tsss. Już leci do gardła. Po robocie, na odprężenie. Czasem im nawet trochę zazdroszczę, ale tylko przez sekundę. Stoją tam, a tu – widzę – akurat przychodzi tamta para pijaczków.
– Miejsce wam zajęliśmy! – Uprzejmie zagadują piwni bohaterowie fajrantu. – Kobieta przechodzi mimo, ale uśmiecha się czerwoną, przepitą buzią. Pokazuje lekko wybrakowane uzębienie, rozpromienia się i to nadaje tej twarzy zaskakująco dużo piękna. Macha ręką i mówi:
– Miejsce będziemy mieć na cmentarzu. – Śmieje się. I poszli dalej. Boże, ile w tym było jakiejś tragicznej, pijackiej, lecz uroczej beztroski i pogody ducha. A ja przejechałem rowerem dalej i sobie powtórzyłem te słowa: „Miejsce będziemy mieć na cmentarzu”. Ha, ha, a to dobre!

Jesteśmy skłonni uważać myśli za coś niematerialnego, tymczasem one tworzą fizyczne struktury w mózgu. „Każdego dnia powstają tam nowe komórki”. – Usłyszałem ostatnio cytat z konferencji. – „Od ciebie zależy, jak je wykorzystasz. Na dobre – zgodnie z przeznaczeniem – czy na złe. Złość to realne procesy biologiczne – toksyczne wcale nie w cudzysłowie. Wszystko to mi się jakoś wiąże. Takie myśli.

»
Autor: jpz2

Powiązane posty: