Narkoman

Ostatnio przejrzałem pierwsze wpisy na tym blogu, żeby zobaczyć, co to za głupoty wypisywałem. Znalazłem jednak fragment całkiem zgrabny, błyskotliwy, który zaraz – po okrutnym przycięciu do 140 znaków – wrzuciłem na twittera jako cytat (ze skromności czy sprytu nie podając autora): 

Przychodzą znajomi: Przyzwyczaj, Wyczerpaniec oraz Głód Metafizyk i są konkurencją dla towarzystwa wspaniałej żony, hasztag „bez Boga ani do proga”

Że to jest prawda, przekonałem się nieraz. Wczoraj A. długo nie wracała, a gdy już wróciła, długo kładła U. spać. Dzieci uparły się akurat dziś, że A., nie ja. Byłem więc trochę zły na U., że tak zasnąć bez mamy nie potrafi, a na tę mamę, że nie przyzwyczaja U. do zasypiania samej. Ot, choćby wyjść na minutkę, wrócić. Albo usiąść na pufie obok, zamiast leżeć. To drugie jest zresztą niewygodne, bo łóżeczko małe, trzeba podkulać nogi – sama to mówiła. A może i lepiej, że tam sobie poleży z U.? Odpocznie, a ja posprzątam w kuchni i pozmywam. 
Ale jak długo? Samo sprzątanie ze stołów trwa tyle samo, co zmywanie. O ile do zmywania wymyślono robota (wciąż go nie mamy – z braku miejsca), o tyle do sprzątania kuchni – chyba jeszcze nie. A przynajmniej nie można go kupić za kilkaset złotych na allegro. Pół zlewu brudów zostawiłem, machnąłem ręką, zniesmaczony, że to wszystko bez sensu. A. wciąż nie wychodziła. 
Wykąpałem się. Po zgaszeniu światła, strąciłem dłonią fiolkę z jakimś pudrem czy podkładem – cholera wie – stłukło się. Potem się okazało, że to stary (nie „ten nowy” – na szczęście). Czułem się bezpośrednim sprawcą szkody, ale nie bardzo winny. Raczej zły na swój los, że tę tłustą, paskudną maź z odpryskami szkła muszę zbierać z podłogi. I że nic by się nie stało, gdyby nie stało z brzegu, jak zwykle. Sto razy przesuwałem jak policjant pod ściankę – tę całą ferajnę pudełek, flakonów, butelek itp. – znaną z niemal każdej łazienki, gdzie rezyduje kobieta (a co dopiero dwie!).
Zmęczony całą przyziemnością, nudą, bylejakością tego wieczoru wziąłem ukulele i śpiewnik, zamknąłem się w pokoju i zacząłem grać, śpiewać. Nowe, stare, w końcu też swoje własne – piosenki uwielbienia, zwane niekiedy „religijnymi”. Różnica jest zasadnicza; czy w pieśni jest uwielbienie, czy sucha religia – to wszystko zależy, czy wkładasz tam serce. Ja więc tego wieczora wkładałem i szybko odkryłem, jak daleko ponad ziemią jestem, ponad tym zmierzchem i domem, i życiem. 
A kiedy śpiewałem „dumę chowając chcę / pragnień swych wyrzec się”, poznałem, że pragnienia mogą mieć swój ciężar. Bo właśnie na chwilę ze mnie opadły. Wszystkie – nawet te „zbożne”. I poczułem, jak blisko jestem Ojca, dla którego – w ostateczności – nie liczy się, jak bardzo mądre (lub głupie) mam przekonania i jak duże (lub małe) – osiągnięcia. Tylko to, czy szukam, czy chcę spotkać się, być z Nim. Tylko to; tylko moje serce. 
Z perspektywy tego… kosmicznego wtulenia, że się tak poetycko wyrażę, wszystkie sprawy ziemskie, nawet tak wielkie jak… rodzina, praca, dom, kraj – zdają się być… mgnieniem. Bo to wszystko jest ważne dziś, a „jutro” – będę w niebie. Czyż nie warto próbować już dziś tej rozkoszy, która będzie całą treścią przyszłego życia? Choćby po to, by zapomnieć, jak narkoman, o całym świecie. Wreszcie po to, by – w odróżnieniu od ćpuna – wrócić „na ziemię” pełnym nadziei i nowych sił, i pasji.

Jeśliśmy bowiem w stan zachwycenia popadli [odchodziliśmy od zmysłów/ od rozumu], działo się to dla Boga, a jeśli przy trzeźwym umyśle jesteśmy, to dla was„. 2 Kor. 5:13

«
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: