Najlepsza mowa bitewna: spocznij!

Mowy bitewne zawierają zwykle podobne elementy: cel bitwy i nadzieja, znieważenie przeciwnika i przypomnienie zaznanych krzywd, zapewnienie o własnej sile na przegnanie lęku. Ale namawianie do opuszczenia pola bitwy? To niebywałe!

Tymczasem taki właśnie przepis na udaną mowę bitewną daje Mojżesz. Mowę kapłana, która spodoba się Bogu w dniu walki, kiedy Izraela zaatakują jego sąsiedzi, obce narody, by zagarnąć jego ziemię. Kiedy Izrael podchodzi do bitwy, kwestię liczebności „kto tu jest większy i silniejszy” powinien mieć już załatwioną. Mojżesz poucza, uprzedzając te emocje:

nie bój się ich, gdyż jest z tobą Pan, Bóg twój, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej (5 Moj. 20:1, BW)

Potem wypowiada wzorcową mowę bitewną, zaczynając od standardowego „ruszacie do walki, nie bójcie się”. Następnie oficerowie mają zwracać się do swoich oddziałów (żeby każdy usłyszał):

Jeżeli ktoś z was zbudował nowy dom, a jeszcze w nim nie mieszkał, niech wróci (…).
I jeżeli ktoś zasadził winnicę, a jeszcze z niej nie korzystał, niech idzie z powrotem (…).
A jeżeli ktoś zaręczył się z kobietą, a jeszcze jej nie pojął, niech idzie z powrotem (…).
Jeżeli ktoś jest bojaźliwy i lękliwego serca, niech idzie z powrotem do swego domu, niechaj nie osłabia serca swoich braci jak swoje. (5-8)

Podsumowując; jeśli myślisz o czymś innym niż ta bitwa, nie potępiamy cię, ale też nie potrzebujemy! Jeśli się boisz, nie chcemy cię tu widzieć! Odmaszerować!

I, jak można się domyślić, w ten sposób dowódcy przetrzebili własną armię, jeszcze zanim ruszyli do boju. Ładna to mowa bitewna, która osłabia wojsko, co? A może wcale nie osłabia? Boża logika bywa zaskakująca. Zaskakująco poprawna i trafna. Ponieważ Bóg widzi więcej. Tak jak z wojska Gedeona, liczącego 32 tysięcy zbrojnych, odprawił tylu, że zostało 10 tysięcy. A z tych 10 tysięcy znów, że zostało… 300. Słownie: trzystu. Tak, dokładnie tylu, co Spartan w Termopilach (jeśli wierzyć legendzie tak, jak Biblii). Jak to się skończyło, poczytajcie w Ks.Sędziów (r.7).

A jak mam to wszystko rozumieć dla siebie, dzisiaj? Nie walczę przecież w polu z karabinem. Mamy czas pokoju. Walczę jednak o coś, co jest synonimem obietnicy. Każdy odpowiada na pytanie: czym jest moja „Ziemia Obiecana”? Nie musi być pisemnie. Może muszę ją zdobyć, a może obronić. Coś, co wyżywi mnie i rodzinę – to moje powołanie, moja pasja.

Trzeba walczyć, bo zjawiają się przeciwnicy, przeciwności. Wziąć się do kupy i… co, boję się? Za małe zaplecze, tak. Ale zrobię na przekór: pozbędę się trochę. Zostawię sobie… jakieś minimum. Jeśli cokolwiek mnie odciąga od bitwy, osłabia serce lękiem, muszę się tego pozbyć.

Autor: jpz2

Powiązane posty: