Murek

– Mnie nie nakładajcie. Nie chcę jeść obiadu. – Podniosłem trochę głos, żeby doleciał z pokoju do kuchni.
– No chodź, zjedz, humor ci się poprawi. – Zachęca An.
– Nie chcę, żeby mi się humor poprawił. – Odrzekłem, zmuszając się do sympatycznego tonu. Postanowiłem się dąsać.
– A, no to skoro tak… – Lekko rozbawiona, odeszła.
Potrafię długo nie jeść. Postanowiłem z pełną świadomością zrobić coś śmiesznego, co jednak zadziwiająco pomaga, kiedy jesteś zły. Zrobić co? „…babci na złość i odmrozić sobie uszy”. Jakieś działanie na własną szkodę, jakiś sposób umartwiania się i zaprzeczenia własnym chęciom – to właśnie przynosi pewną ulgę. Tak, choćby było z największą obojętnością przyjęte przez świat cały. Czyni zadość rozemocjonowanej głowie, która nie chce niczego i nikogo,
tylko przeżywać własną złość. Złość najgorszą, bo taką, której się nie da jasno uzasadnić. Nie da się zwalić winy na ten czy inny podmiot. Bo wina się rozmywa. Bo winny jestem naprzód ja sam, potem inne okoliczności, na koniec A., choć zupełnie niechcący i winić jej właściwie nie mam sumienia. Milczę więc i złoszczę się w duchu. 
Wiedziałem, że wszystko, co mogę pooglądać teraz przez swój telefon – fejbuki i inne zbuki – jałowe jest, przejrzane i nic mi ciekawego nie przyniesie, ani też żadnej korzyści. – Tym bardziej! Ha! – Pomyślałem, ładując się na pufę. – Właśnie że stracę te pięć minut na byle co, na złość sobie! Potem rozejrzałem się po pokoju. Patrzę na półki uginające się od dziecięcych książeczek. O! Oto mój punkt zaczepienia: posprzątam tam, przejrzę wszystkie i odłożę trochę, żeby się pozbyć. Za dużo ich mamy. Niektóre brzydkie, inne głupie, z innych dzieci wyrosły, a jeszcze inne znudziły się mnie samemu, że czytać ich choćby raz jeszcze – nie…! Nie dam rady. Niedoczekanie! Uzbierałem stosik. Potem cały dziecięcy pokój uprzątnąłem. I położyłem się.
Myślałem, że to głupie. Że to nawet diabeł sam. Być może. Wzruszyłem ramionami. W milczeniu dokończyłem jakieś zmywanie. Zrobiłem sałatkę, którą chciałem na dziś, ale będzie na jutro, na przyjęcie urodzinowe Fi. Czynność odprężająca: krojenie tych wszystkich warzyw. Czerwone jak krew rzodkiewki na pół. Potem w plasterki. Precyzyjnie, nieśpiesznie. Jak pierwszy kadr z filmu „Dziewczyna z perłą”. Ziu, do gara z kaszą jaglaną i prażonymi nasionkami. Powoli rwałem strzępki sałaty. Krojone są niefajne. Nigdy do tego cierpliwości nie mam. Teraz przyniosło mi wiele przyjemności. Potem trochę cykorii, rukoli, czosnek, dymka, ogórki kiszone, papryka i, last but not least, sałatkowy serek grecki – wszystko drobniutko, jak to ja, ale jeszcze bardziej, jak to zły ja. Do smaku pieprz, zioła, sól – jakoś swojsko zawilgotniała w pojemniku, dużo oliwy.
Obok siedziała A. i na zmianę pocieszała i karmiła rozkapryszoną U., która mówiła raz „tak”, raz „nie”, jakby tylko po to, by jeszcze ważniejszą się poczuć i nieszczęśliwą dziewczynką – taką do utulenia natychmiast i koniecznie. A ja w milczeniu ciachałem i ciachałem, i nic się nie odzywam. No, zdawkowo to, tamto. Ale przechodząc, nie chcę nawet A. w szyję pocałować, a zawsze przecież to lubię i robię często. Teraz zły jestem. I sam przyznaję w duchu: – Nie, niepotrzebnie. To i cóż? Ale tak i już. – Kwituję, oddalam pozew. W końcu przychodzi czas, żeby zburzyć ten bezsensowny murek, który sam wzniosłem. Szczęście tylko, że bez głośnych pretensji. Pomny byłem tego jednego zdania, które ratowało mnie już nieraz: „Głupi ujawnia całą swoją porywczość, lecz mądry w końcu ją uśmierza”. (Przyp. Sal. 29:11).
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: