Mnie? Nie znam człowieka

​To jest może zbyt radykalne postawienie sprawy, zahacza o jakąś schizofrenię. Ale prowokuje – to już dobrze.

No bo jak można się zaprzeć siebie? Powiedzieć: „nie znam go”? To kłamstwo. „Nie mam z nim nic do czynienia”? Nie lepiej. A może „nie to, co ja, ale to, co ty chcesz” – jak modlił się Jezus przed swym procesem i śmiercią?

Tak, to już lepiej. Ale to jeszcze nie wszystko, bo naśladowanie Jezusa, bycie Jego uczniem to trzy rzeczy:

Jeśli ktoś chce pójść za mną, niech 1) wyprze się samego siebie, 2) weźmie swój krzyż i 3) idzie za mną. (Mat 16:24, PUBG)

Branie krzyża to NIE jest zgoda na „taki los”. „Co tam się trafi, to wezmę na klatę” – nie! To jest kształtowanie swego losu. Tak jak Jezus. Nie unikał konfrontacji, nie bał się gróźb, wychodził cało z opresji, a kiedy przyszło mu zginąć, to niejako sam wszedł w łapy oprawców, co wcześniej zapowiadał:

W ten czas podeszli pewni faryzeusze, mówiąc mu: – Wyjdź i stąd wyrusz, bo Herod chce cię zabić. – Zatem im powiedział: – Idźcie i powiedzcie temu lisowi: Oto wyrzucam demony oraz dokonuję uzdrowień, dzisiaj i jutro, a trzeciego dnia kończę. (…) Zaprawdę, mówię wam, że nie ujrzycie mnie, aż przyjdzie czas, gdy powiecie: Błogosławiony Ten, co przychodzi w Imieniu Pana. (Łuk. 13:31-32,35, NBG)

Branie krzyża to jest przewidywanie (lub objawienie) konsekwencji obranej drogi i zgoda na to ryzyko. Zgoda, by zapłacić cenę mówienia i robienia rzeczy „pod włos”, „pod prąd”. Pogróżki, ataki słowne i fizyczne, osamotnienie, niezrozumienie, nieopłacalność, ciąganie po sądach itp.

A kiedy to wszystko się zdarzy, mam naśladować Jezusa. „Traktują cię jak szmatę? Bądź szmatą. I mów im o Bożej miłości” – powiedział pewien misjonarz. Oczywiście jest też komplementarny fragment o (nie) rzucaniu pereł przed wieprze. I fragment o szukaniu „godnego” domu. I te mądrości warto mieć w pamięci, choć nie jako wymówkę.

Autor: jpz2

Powiązane posty: