Miłość ponad śmierć

Olśniło mnie. Objawienie? Tak, przebłysk, cudowne zrozumienie jak pstryczek-elektryczek. Odpowiedź na pytanie: jak pokonano śmierć?

Należy się cofnąć do samego początku, do miejsca pierwszego kuszenia. Wyobraź sobie siebie w raju. Czujesz się kochany. Nawet nie specjalny, szczególny, bo nie masz porównania. Jesteś jedyny, ale nie sam, jesteś wolny, ale… otoczony! Drzewami! Mnóstwo drzew. Nazywasz je po kolei: świerk, grab, platan, dąb, brzoza, buk, olcha, śliwa, czeremcha, jabłoń, figowiec. Jesz owoce.

Spotykasz się z ojcem, o którym wiele nie wiesz, poza tym, że cię stworzył. Więc poznajesz go, to naturalne. Rozmawiasz, obserwujesz, czujesz. Nie myślisz: muszę spędzać z nim czas, bo to jest dobre i właściwe. Po prostu to robisz. Nie nazywasz go dobrym, bo jeszcze nie wiesz, co to znaczy. Pławisz się w miłości, nie wiedząc jeszcze, że może być inaczej.

Wreszcie dochodzi do tego nieszczęśliwego dnia, gdy zjadasz owoc z drzewa poznania, bo miał uczynić cię równym Bogu, który zna dobro i zło. (Czymkolwiek jest dobro i zło). Bo był zwyczajnie smaczny. A skoro wiesz, co jest smaczne, to kto ma prawo ci mówić, że nie jest? Czy nie wygląda ładnie? Czy nie smakuje? Czy mylą cię twoje zmysły?

Czy coś tak miłego może powodować śmierć? O popatrz, zjadłeś i nic ci nie jest. A miałeś umrzeć. Może więc rzeczywiście Bóg coś przed tobą ukrywa? Budzi się mgliste i dziwne przeczucie, że z jakichś powodów jednak lepiej decydować samemu. Przecież nie umrzesz od tego – myślałeś.

Ostatecznie jednak umarłeś. Żyją po tobie twoje dzieci i one również umrą, a po nich ich dzieci i dzieci ich dzieci… Umarłeś z jedną myślą: kiedyś to musi się skończyć. Musi być ktoś, kto jeszcze raz stanie przed drzewem i nie da się oszukać. Nie da sobie wmówić, że jest niekochany, manipulowany, wykorzystywany.

Przed śmiercią poznałeś jej przyczynę: nie trucizna w owocu lecz właśnie to – twoja samowola. Że to drzewo słusznie nazywało się drzewem wiedzy, poznania, opanowania spraw, ogarnięcia życia. Że wiara we własne rozpoznanie doprowadziła do wielu błędów. Było ich tak dużo, że ta świadomość była już nie do zniesienia, a śmierć wydawała się łaską i wybawieniem.

Ale ci, którzy przychodzą po tobie, nie chcą o tym słuchać. Że możność wyboru sama w sobie jest dowodem miłości? A może – rozważają, popijając wino – Bóg nie miał wyboru i musiał dać wybór? Może on nie może wszystkiego? Może nie kocha i wszystkiego nie wie?

Jednak przyszedł jeden, który miał ostre spojrzenie i nie dał się oszukać. Był całkowicie ufny, wdzięczny, pełen miłości, oddania i posłuszeństwa. Tylko tak mógł udowodnić coś, co było tezą Boga od początku, zasadą i fundamentem świata, zapachem raju: że miłość jest najsilniejsza. Że lepiej ufać, niż węszyć podstęp. Lepiej kochać niż wiedzieć.

Umarł z wyrokiem: król żydowski. Został znienawidzony i zabity za doskonałe posłuszeństwo i miłość. I za to, że przedłożył tę miłość ponad śmierć. Nikt wcześniej tego nie osiągnął. Nikt nie uznał, że miłość sama w sobie jest na tyle cenna, że warto dla niej odpuścić każdą własną decyzję, nawet tę najbardziej oczywistą i uprawnioną: że chcę dalej żyć!

Nie! Nie chcę żyć, jeśli miałbym nie kochać tego, który mi dał życie! Jeśli miałbym choć trochę zwątpić w jego dobroć, jeśli miałbym choć przez chwilę uznać się za mądrzejszego niż on jest. Krzyż krzyczy te słowa. Przeciwnik ich nienawidzi, z całą wściekłością i zajadłością: zabić, zabić, zabić. Lecz jednak: miłość ponad śmierć.