Maryja to ja – słowo na Wigilię

O ile mnie nie myli wyszukiwarka, pamięć i intelekt, nie ma w Piśmie ani słowa o tym, co się działo w wigilię urodzin Pana. A po cóż mi to wiedzieć? Tym bardziej teraz, kiedy wiem, że 25 grudnia jest datą umowną, spóźnioną o jakieś dwa miesiące?

Nie chodzi o daty. Chodzi tylko o małą, spontaniczną refleksję. Dokładnie taką, jaką miała Maria, matka Jezusa, kiedy nosiła go w łonie:

Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy. Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej. Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. Święte jest Jego imię – a swoje miłosierdzie na pokolenia i pokolenia [zachowuje] dla tych, co się Go boją. On przejawia moc ramienia swego, rozprasza [ludzi] pyszniących się zamysłami serc swoich. Strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych. Głodnych nasyca dobrami, a bogatych z niczym odprawia. Ujął się za sługą swoim, Izraelem, pomny na miłosierdzie swoje – jak przyobiecał naszym ojcom – na rzecz Abrahama i jego potomstwa na wieki. (Łk 1:46-55, BT)

Myślę, że to objawienie nie zmieniło się przez kolejne miesiące i Maria odczuwała to samo dzień przed porodem, tyle że sto razy mocniej. Taka była jej wigilia.

A jaka jest moja wigilia? Czym dla mnie jest w ogóle narodzenie Chrystusa, poza tym, że historycznym faktem? Bóg zesłał swojego Syna. Wspaniale. Ale co tu świętować? Już wolę uczcić rocznicę chrztu Jezusa w Jordanie, bo to wydarzenie może symbolizować dzień, w którym on pojawił się w moim życiu, bo rozpoznałem w nim Syna Bożego – Pana, którego mam słuchać. Z kolei Wielkanoc to świętowanie jego zmartwychwstania, odkupienia moich win. Ale Boże Narodzenie nie przemawia do mnie.

A może jednak? Może przemawia, tylko muszę przez moment poczuć się Marią, która ma ciężki brzuch i już bardzo, bardzo chce urodzić. I wie, że ta jej zwykła ciąża jest niezwykła. Że przez nią Słowo stanie się ciałem. Boże słowa przejdą w czyny! Zmaterializują się obietnice!

Gdybym tak powiedział: Maryja to ja! Jestem w ciąży z Duchem Świętym. To, co ze mnie wyjdzie, będzie materialną odpowiedzią dla ludzi żyjących w cierpieniu, beznadziei, smutku, zwątpieniu, chorobie, samotności, niewoli i wszelkiej biedzie.

Czy Pan Bóg przychodzi na świat przeze mnie? Czy może „wejrzeć na uniżenie swego sługi”, czyli moje? Czy będą mnie błogosławić, bo Wszechmocny uczynił mi wielkie rzeczy? Czy przeze mnie widać, jak On przejawia moc swojego ramienia? I tak dalej… a kluczowe pytanie brzmi: czy jestem zdeterminowany w takim stopniu, jak kobieta dzień przed porodem??

To taka myśl na Wigilię Bożego Narodzenia.

Autor: jpz2

Powiązane posty: