Latanie

— Ale ta drukarnia jest po prawej czy po lewej stronie trasy?
— Nie, po prawej. Po lewej to pan ma, jak w stronę Wisły jedzie, najpierw ten park Szymańskiego, potem tych, co tam skaczą, wie pan… – Tu pani AM zrobiła gest wiadomy – z sugestią, że to świrusy, ci od bungee. – No a po prawej będzie ta drukarnia, przynajmniej kiedyś była…
Uśmiechnąłem się ukradkiem i przemilczałem nieznany pani AM fakt, że sam skakałem. Może nie wyglądam na świrusa, nie wiem. W każdym razie… osiem lat temu właśnie to zrobiłem, gdy moja siostra zrezygnowała ze skoku (dostali z mężem dwa bilety w prezencie ślubnym). No i skoczyłem ze szwagrem. 
Najpierw nas zważyli. Myślałem, że w związku z tym będą jakoś cyzelować długość liny, żebym zbliżył się do dmuchanej poduchy. Gdzie tam! Zatrzymałem się przynajmniej trzy piętra nad ziemią. Generalnie nie stresowałem się zbytnio, nawet gdy wjechałem na tę obłędną wysokość dziewięćdziesięciu metrów. A jednak zrobiło mi się miękko pod nogami, gdy instruktor powiedział: no, to fotki są, wszystko sprawdzone, można skakać. Pomyślałem: – „Nie będziesz pan liczył »trzy czte-ry«? albo »raz, dwa, trzy, bungee«? I ja mam tak sam?” Ale głośno tego nie powiedziałem, trzymałem fason. 
Wtedy przyszła mi do głowy myśl, która telepie mi się do dzisiaj: bardziej niż samego skoku boję się tego, że nie skoczę. Że nie wykorzystam szansy. I będzie żal za stratą nieodwracalną. W tym przypadku pół biedy, bo można kupić drugą szansę. I trzecią. Ale to już nie to samo. Zresztą w pamięci pozostanie dowód twojej słabości: nie skoczyłeś. Tego się bałem bardziej, to pchnęło mnie naprzód. Lot był ekscytujący.
To wszystko przypomniałem sobie, stojąc przy otwartym oknie na dziesiątym piętrze u babci Z. Wiatr targał koronami drzew i zwiastował rychłą burzą. Zagrzmiało. Do mieszkania, do mojego nosa wpadło wilgotne, letnie powietrze nasycone wonią zieleni, pędzące znad willowego Henrykowa. Zachłysnąłem się tym powiewem. Opodal stanął tramwaj, przy stacji Wierzbno – nieporuszony niepokojem nieba – jak wół, który będzie ci orał w pogodę i niepogodę. Patrzyłem w dół i chwytałem łakomie subtelne zawroty głowy, i cieszyłem się: – „Już nie muszę myśleć: »jak to jest – skoczyć«. Wiem, skakałem. 
Latałem też motolotnią, bo ta moja miłość do przestworzy skłoniła A., by kupić mi taki lot na urodziny – dwa lata temu. To mi się podobało! Zwłaszcza gdy pilot (lecieliśmy we dwóch) wyłączył na chwilę silnik, śmigło zamarło i tak, w zupełnej ciszy unosiliśmy się wysoko ponad błoniami Wilanowa i ulicą Przyczółkową, którą auta i autobusy… nie mknęły, z tej perspektywy raczej gramoliły się powoli jak robaki.
Kocham góry i chciałbym też kiedyś polecieć na paralotni. Wciąż pamiętam gościa, który wspiął się na Chopok (2024 m.n.p.m.) tylko i aż! po to, by swój karykaturalnie olbrzymi plecak rozwinąć na szczycie i zostać porwanym przez prąd wstępujący po południowym zboczu. Spadochrony też nęcą, choć wydają mi się już zupełnym zbytkiem pieniędzy i adrenaliny. Tym bardziej „lotopałanki” (wingsuits) robiące furorę na jutubie. Ale… rozumiem ich. To są odwieczne „Marzenia o lataniu” – a propos jest taka wystaw teraz w Domu Spotkań z Historią. Czy wiesz, że… pierwsze próby lotnicze w Polsce były już za króla Władysława IV? Świrusy.
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: