Laska i kij

Przeliczyłem się. Rano patrzyłem na mapę i myślałem z hurra-optymizmem: – Dam radę, co… ja nie dam rady?! – Wesoło wdrapywałem się na grzbiet, od czasu do czasu strącając butem dla zabawy kamienie w dół zbocza.

Lądowały daleko, coraz dalej. Im wyżej, im stromiej się robiło pod moimi nogami, tym dłużej się toczyły. Kiedy patrzyłem na miejsca ich spoczynku, przypomniałem sobie te wszystkie razy, kiedy zabłądziłem w mgle w drodze na szczyt. Dochodziłem do ściany lasu lub surowego żlebu, a drzewa lub nagie kamienie potęgowały uczucie zagubienia pod niedostępną stromizną.

Teraz miałem zupełnie inny problem: schodziłem i nie mogłem się przedrzeć w miejsce, gdzie mógłbym przenocować. Już nie miałem nadziei na dojście do wsi, ale chociaż osłonięty od wiatru skraj lasu. Wciąż kosodrzewina, później gęsty, świerkowy bór, jeszcze gorszy…

W końcu dolina, w którą wszedłem po zachodzie słońca. Na stoku za stromo, a w łożysku za mokro. Zewsząd zaczęła mnie ogarnąć ciemność pochmurnej nocy. Odgłosy ptaków, nietoperzy, jeleni… przerażające. Lecz nie bardziej niż moja głupota.

Wtedy to usłyszałem. Stukanie jakby drewna o ściółkę. Spadają bukowe orzechy? Nie. Ktoś idzie? Coś trafiło mnie w ramię. Trafiło znów i… o dziwo nie bałem się. W zupełnej ciemności, zamiast zastanawiać się, czy to gałęzie, kije, czy upiory, szedłem posłusznie tam, gdzie mnie prowadził ten niewidoczny przewodnik.

Byłem zbyt zmęczony, żeby zrobić coś wbrew. Czasem bolało, czasem droga wydawała się bez sensu, ale zaskakująco szybko wyszedłem na polanę, górskie pastwisko – miejsce idealne do założenia mojego małego obozu. Okrutna trasa dzisiejszego dnia zakończyła się dziwnie radośnie, błogo, bezpiecznie.

Zadziwiająco łatwo poszło mi rozpalenie ognia. Kiedy płomień zaczął trawić grubsze gałęzie, oświetlił też wyraźnie najbliższe parę kroków i rzędy drzew. Spomiędzy nich mignęła jakaś para oczu i znikła. – W sama porę. – Pomyślałem. – Zwierzak już do mnie nie podejdzie. – Tuż obok zobaczyłem jeszcze coś, co mnie do reszty zbiło z tropu: gruba, mocna, pasterska laska. Poszedłem spać.

Choćbym też chodził w dolinie cienia śmierci, nie będę się bał złego, albowiemeś ty ze mną; laska twoja, i kij twój, te mię cieszą (Ps 23:4, PBG)

Autor: jpz2

Powiązane posty: