Krzyki

Fi. kaszle. Przyszedł do naszego łóżka rano, tuż przed moim budzikiem (szósta dwadzieścia). Budzik można wyłączyć, dać sobie drzemkę. Fi. wyłączyć nie można, a właściwie jego kaszlu. Wiem, nie jego wina. Jemu też źle, nawet gorzej. Nic nie mówię. A dziś akurat chciałem sobie jeszcze poleżeć, pomarzyć, choćby dziesięć minut. Nic z tego. To kasłanie – jakby mnie kto trącał kijem co piętnaście sekund. Zsunąłem się na brzeg, ubrałem, poszedłem do kuchni bez przekonania, noga za nogą. A Fi. za mną. Dlaczego? A, trudno…
– Tato, chcę banana.
– Ok. Proszę. – Wziąłem tego najbardziej uszkodzonego. Obciąłem to ciemne, niedobre, zostało pół. Fi. nie chce. Denerwuje się.
– Nie chcę tego.
– Możesz powiedzieć to spokojnie, nie musisz tak jęczeć. Dać ci drugiego?
– Tak.
– „Tak, poproszę”.
– Tak, poproszę. – Przystał na grzeczniejszą wersję. Obrałem drugiego.
– To jak ty nie chcesz, to ja zjadam tego pierwszego. – Ostrzegam i zjadam. – O, całkiem dobry, wiesz? Szkoda, że go nie chciałeś. – Fi. jęczy:
– Tato, czy możesz mnie pocieszyć?
– Nic złego się nie stało. – Na to odpowiedź: Fi. wrzeszczy. Godzina szósta trzydzieści.
– Przestań krzyczeć, bo nie ma powodu. Jeszcze tak długo i tak głośno. A ja też potrafię. – Mówię najspokojniej na świecie, bo już to mam przećwiczone sto razy. – Chcesz, żebym krzyczał?
– Nie.
– To ty też na mnie nie wrzeszcz, bo mnie bolą uszy. Jestem dla ciebie miły, a ty dla mnie nie. Przytulić cię?
– Tak. – Przytulam. – Tato, wytrzesz mi łzy?
– Wytrę. – Biorę chusteczkę, delikatnie przecieram jedno oko i policzek, drugie.
– Ale nie tak. Tak. – Pokazuje Fi., żeby nie dwa ruchy, tylko jeden ruch przez oboje oczu. Tak sobie wymyślił, tak musi być.
– Już ci przetarłem, też jest dobrze. – Fi. się z tym nie zgadza, krzyczy. Ech, schematy; mocniejsze, słabsze, krótko- i długotrwałe… Ile ich było! Pakuję jedzenie do pracy, telefon, zamykam torbę. Już nic nie mówię. Przyszła An. zrobiła jeden ruch, jak chciał. Chwila spokoju.
– „No jak tak można?” – Myślę, jadąc już metrem. – „Żeby się wściekać o nieforemnego banana. Ja wiem, źle się czuje, jest w gorszej formie. Ale ten mój ranek to nie jest udany. Zły jestem, zły, zły, zły. Chętnie bym krzyczał.
– A na co jesteś zły? – Bóg pyta.
– Na ten nieforemny poranek.
«
Autor: jpz2

Powiązane posty: