Krokodyl

A. odbiera Fi. z przedszkola. Jest jakiś tam dzień bez samochodu, więc darmowe autobusy i metro same się proszą. Fi. też się prosi. Taka jazda autobusem jest atrakcją, no i dwie stacje metrem (i oglądanie pociągów) zajmują pół godziny. U. w tym czasie głównie śpi. Choć kiedy nie śpi, nawet podziela zamiłowanie Fi., choć nie wiadomo: szczerze, czy na zasadzie małpowania starszego brata.
A starszy brat siedzi zamyślony, wpatrzony w okno i nagle odzywa się:
— Mamo…
— Tak, Filu?
— A tutaj jest taki krokodyl, który by mnie połknął w całości?
— Tu w autobusie? Nie… Mógłby być w ZOO. – I przypomina sobie dziwny wzrok spode łba jakiejś pani w ZOO, kiedy opowiadała dzieciom o wężu boa, że mógłby ich połknąć w całości. Ale dzieci były zafascynowane. – A czemu o tym pomyślałeś teraz? – Dopytuje syna.
— Bo wiesz, mamo, właśnie sobie marzyłem o krokodylu. Ale takim przyjaznym, z którym mógłbym chodzić na spaceeery…
Autor: jpz2

Powiązane posty: