Kreatywność z nieba

Sądzę, że nie bez kozery mówi się o artystach, że mają w sobie iskrę bożą. Geniusz kreatywności bierze się właśnie z góry. Tak przynajmniej można wnioskować z Ewangelii.

Co to znaczy „być kreatywnym”? To znaczy myśleć i działać nieszablonowo, odważnie i śmiało, ryzykownie, spontanicznie, czasem niedoskonale, w poprzek, w bok, prowokacyjnie, zaskakująco, kontrowersyjnie. Żeby wymyśleć coś nowego, trzeba próbować wiele razy. Trzeba mieć styl bycia „pod włos” obyczajom, porządkom, systemom i procedurom. Nie z miłości do buntu, ale z oddania dla większej sprawy.

W pierwszym rozdziale Ewangelii Marka widzę ciekawy zwrot akcji. Oto Jezus, po chrzcie i kuszeniu na pustyni, po powołaniu pierwszych uczniów (jakże łatwo!) i – można rzec – pierwszych sukcesach misyjnych w Galilei, siedzi w swoim mieście, Kafarnaum – naucza, uzdrawia i wygania złe duchy z ludzi. Schodzą się do niego tłumnie z całej okolicy. Prostym rozwiązaniem byłoby jakoś rozbudować służbę; wynająć budynek, załatwić jakieś noclegi, jedzenie, stworzyć takie małe sanktuarium…

Ale tak się oczywiście nie dzieje. „Oczywiście” – dla nas, którzy znamy ciąg dalszy historii. Dla (świeżych) uczniów Jezusa mogło to być zaskakujące. Byli przygotowani na kolejny dzień służby porządkowej oraz ekscytujących cudów dokonywanych przez Mistrza.

Całe miasto zgromadziło się u drzwi. I uzdrowił wielu, których trapiły przeróżne choroby, i wypędził wiele demonów (…) A wczesnym rankiem, przed świtem, wstał, wyszedł i udał się na puste miejsce, i tam się modlił. Szymon zaś i ci, co z nim byli, pośpieszyli za nim. A gdy go znaleźli, rzekli do niego: „wszyscy szukają cię”. I rzekł im: „Pójdźmy gdzie indziej, do pobliskich osiedli, abym i tam kazał, bo po to przyszedłem”. Poszedł więc i kazał w ich synagogach po całej Galilei, i wypędzał demony. (Mar. 1:33-39, BW)

Jezus, chodząc po Galilei (i nie tylko) robił z grubsza to samo; mówił o Królestwie i uwalniał ludzi od chorób i demonów. To była jego misja. Czy mógł to robić, siedząc przez trzy lata w Kafarnaum? Mógł. Przecież przychodziliby i przynosiliby mu chorych i potrzebujących. Ale jego Ojciec oczekiwał nieco więcej, żeby… trochę się ruszył. Taki niuans.

Gdyby Jezus nie przechodził przez Jerycho, pewnie nie znalibyśmy historii o Zacheuszu, wdrapującym się na drzewo. Ani o Samarytance przy studni. I wielu innych… Wyjście z miejsca pierwszych sukcesów może się wydawać marnotrawstwem potencjału. A jednak jest potrzebne. Nigdy nie wiadomo, jaka okazja czeka za rogiem. Co przyniesie mi następny dzień, kim się okaże napotkany człowiek? Jezus podjął ryzyko, wyruszył. I najważniejsze: zrobił to tuż po modlitwie.

Autor: jpz2

Powiązane posty: