Kosiarka

Jeździłem po działce tak, jakbym zamienił się w Fi. i przesuwał sobie autko. Kosiłem chyba właśnie tak: dla odprężenia, nie dowiadując się niczego, niczego nie ucząc, ale… mając niewątpliwą przyjemność. Nawet, jak się później okazało, nie skosiłem wszystkiego, co trzeba. Ale „zabawka” była już schowana. Nie chciało mi się wyjmować drugi raz. A babcia Z. przyjrzała się: – O, Jasiu, jeszcze tam. Tę ścieżkę.
– Tam? Tam, mówiła An., konwalie się rozrosły. – I stokrotki, ale to już chwast, dodaję w myśli.
– No i zawsze każdy kosi drogę koło swojego. – Dodała Z. Spojrzałem. Hm, rzeczywiście, wszędzie za furtką krótka trawa, tylko obok nas nie.
Miałem wytarte, nieco bolące dłonie, prawie odciski. Dziwnie przyjemne uczucie na skórze nie przywykłej do fizycznej pracy. Było mi mało, wziąłem grabie, żeby pozbierać to, co nie wleciało do pojemnika. Okazywałem trochę zainteresowania dzieciom, ale w tym wszystkim byłem jakiś… aspołeczny, osobny. No i co? I… rozumiałem też trochę bardziej Fi.

«
Autor: jpz2

Powiązane posty: