Kochać na rozkaz

Poszedłem na ślub przyjaciela. Stoję na mszy i słucham czytania. Znam ten tekst, ale teraz szczególnie mocno do mnie przemawia. Jezus nakazał nam kochać. Jak to: nakazał??

To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. (Jn 15:12, BT)

Oczywiście werset jest okrutnie wyrwany z kontekstu, tj. nauczania podczas ostatniej wieczerzy, ale tym razem to nie szkodzi. Bo wystarczy, żeby wytłumaczyć moje zdziwienie. Wystarczy, żebyście i wy się zdziwili, mam nadzieję.

Zwykle kojarzę miłość z jakimś popędem. Mogę kojarzyć przyziemnie – to będzie popęd ciała, a mogę też górnolotnie – wtedy popęd serca, duszy, w najlepszym razie ducha. Tak, czy siak, popęd. Coś, czemu bardziej lub mniej świadomie się poddaję. Coś nad czym mogę czasem panować, ale wypływa ze mnie. Nie pochodzi z zewnątrz, że ktoś mi wyperswaduje, nagada, nakłoni, nakaże, odwoła się do mojego rozumu i silnej woli, przekona, wygra na argumenty, przedstawi w dobrym świetle cokolwiek lub kogokolwiek. Miłość bierze się z zachwytu, obcowania, poznania.

Dlaczego więc Jezus „przykazuje nam, żebyśmy się wzajemnie miłowali”? I to dwa razy (wers. 12 i 17) Co On sobie myśli? Że ja tak mogę: pstryk i już? Kochać kogoś? Już pal sześć kobietę, ale ogólnie ludzi, tzw. bliźnich. Kogoś, kogo mijam obojętnie albo mnie wkurza, albo jestem już nim znudzony, albo… zwyczajnie mi się nie chce.

Jeden z moich ulubionych muzyków, który niestety zmarł, zanim go odkryłem i pokochałem, Tadeusz Nalepa, napisał i śpiewał coś takiego:

Nie można kochać na rozkaz / Nie można tańczyć na baczność / Choć głośno ktoś miłość gra
Nie można wodą oddychać / Nie można uciec od losu / Od tego co stać się ma.

Te słowa są bardzo ludzkie. Umiem się z nimi utożsamić, chociaż coś mi tu śmierdzi. Nie odmawiam im racji, ufam Nalepie (może za bardzo), ale ten tekst, gdy go sobie powtarzam, stawia mnie w roli kogoś, kto jest osaczony, a nie ma ochoty dawać siebie komukolwiek – tak, jak główny bohater filmu „Śmierć dziecioroba”, do którego Nalepa napisał tę piosenkę.

Jezus, o ile go dobrze rozumiem, mówi o innym „kochaniu na rozkaz”. Nie osacza, ale uwalnia. Nie bierze, ale daje. Nie wymaga, ale obiecuje, że jeśli zdecyduję się na kochanie, będę nadal kochany, jeśli na owocowanie, będę wciąż posilany, zaspokajany według własnych próśb. Jezus nie zmusza, ale urzeka. Bo mówi wyraźnie: „…tak jak Ja was”. To bardzo ważne, On wyprzedza mnie w miłości, a to oznacza, że kocha bezwarunkowo i bezinteresownie. Dlatego może stawiać warunki i z czystym sumieniem sugerować, że jest w kochaniu jakiś interes.

Na deser Kamil Bednarek – doskonale wpasowuje się w temat:

http://www.youtube.com/watch?v=TQF7brp3olE

Autor: jpz2

Powiązane posty: