Kobiety

U. przychodzi do kuchni:
– Chcę sok.
– Z rurką? – Pyta A.
– Z rurką.
– Tutaj są. – Podaje. – Wybierz sobie.
– Chcę taką. – U. chwyta jedną i zwraca się do mnie. Ja już biorę szklaną butelkę ze stołu, chcę ułatwić, dać U. do ręki.
– Nie chcę do rączki! – Płaczliwie.
– Ale możesz powiedzieć spokojnie.
– Nie chcę! – Coraz gorzej. Na kolana padła.
– O, i to mnie trochę pociesza. – Wtrąca się A. – Że nie tylko do mnie tak się zachowuje. Bo już myślałam nieraz: – „Co ja robię źle??” – Żali się. Ja tymczasem próbuje wyjść na prostą z U.:
– Chciałem ci tylko podać sok, bo mówiłaś, że go chcesz.
– Nie chcę soku!
– Może nie chcesz do rączki, a jak postawię na stole, to sobie weźmiesz? Zobacz, stawiam tu.
– Nie chcę!
– Ale możesz mówić spokojnie: czy coś zepsułem, zrobiłem źle?
– Nie!
– A czy mogę jednak coś naprawić? Tak zrobić, żebyś była zadowolona?
– Nie! – W zaparte idzie U. Ściśle rzecz biorąc, nie idzie, tylko klęczy, pokłada się ostentacyjnie na podłodze. W tej sytuacji, jak ją znam, nawet próby pocieszenia odebrane będą z dzikim wierzganiem, zatem poddaję się i zabieram się znów do jedzenia zupy. Między jedną łyżką a drugą rzucam jeszcze bystre, jak mi się zdaje, spostrzeżenie do U.:
– Typowa kobieta…
Tymczasem A. zmywa. Po chwili zastanowienia pyta:
– Hej, jak to: „typowa kobieta”? Ja tak nie robię.
– Ale ty nie jesteś typowa.
– Jestem! I co mi zrobisz?
– Ha, ha! „Nie mamy pańskiego płaszcza. I co pan nam zrobi?” – Tak?
– Ale jestem… – Upiera się A. Ja jeszcze rozbawiony wkładam w jej usta ciąg dalszy:
– „…bo co, może czegoś mi brakuje, hę?” – Na to A. się uśmiecha…
– No dobra, ale o co ci właściwie chodziło? – Pyta. Teraz muszę się wytłumaczyć:
– No wiesz, chodzi mi o to, że kobiety lubią, jak się domyślisz. – U. nadal nieszczęśliwa na podłodze. Kontynuuję niewzruszony: – Nawet jeśli ci powiedzą, co by chciały, lub czego by nie chciały, to i tak wolałyby, żeby nic nie trzeba było mówić. A żeby inni – zwłaszcza mężczyźni – domyślili się z gestów, zachowań, strzępków słów i wywnioskowali z przeszłości (przecież to takie oczywiste). Tak, jakby domyślenie się było najwyższym wyrazem czułości. Ty właśnie najczęściej mi mówisz, chociaż też…
– Co?
– Też byś czasem wolała nie mówić nic.
– Hm. – Mruknęła tylko A. i poszła coś dalej robić, nic nie powiedziała.
«
Autor: jpz2

Powiązane posty: