Kapcie

Wychodzimy na sobotnią wycieczkę – wymyśliłem, że zamiast do lasu, może by tak na plażę – na Kępę Zawadowską – skarb naszej nieuregulowanej Wisły, która wciąż nieskrępowana przerzuca sobie łachy stąd tam i z powrotem, jak chce. Piękne to i beztroskie miejsca, i na wpół dzikie. O ile nie nadjedzie lub z drugiego brzegu nie zabrzęczy jakaś łupanka popowo-metal-biesiadna. W piknikowaniu lub raczej w chodzeniu po tych łachach czuję się tylko o tyle nieswojo, że przypominam sobie zawsze historię G. – przyszywanego kuzyna A. – który, będąc nad Wisłą z grupką znajomych, stracił kumpla. Ten się dosłownie zapadł pod ziemię, i to tak, że nawet nikt nie zauważył. – „Ej, gdzie jest Marcin?” – Pytali między sobą. Marcina wyłowili parę dni później. Wciągnął go ruchomy piasek i podziemny prąd. To tyle czarnych wizji.
Dzieci już się kręcą niecierpliwie, zwłaszcza U. Przyspieszam ruchy. Fi. też chce już wyjść, tak przynajmniej deklarował. Ale teraz muszę go ponaglać. Zwłaszcza, że jakby trochę do niego nie dociera – zamiast słuchać, opowiada już piąty raz, z równym zaangażowaniem o trzech ramionach swojej zabawki – spinera, którego niedawno dostaliśmy. Wymyślił sobie, że z jednego ramienia do drugiego płynie paliwo, z drugiego do trzeciego wybucha ogień, z trzeciego do pierwszego – gorące powietrze i cały cykl powtarza się, a ten przedziwny statek powietrzny nabiera ogromnej prędkości.
— Świetnie, Filu, wymyśliłeś perpetuum mobile! To jest samonapędzająca się maszyna? – Pytam, wsuwając żmudnie sznurówki do swoich nowych butów. U. już przebiera nóżkami.
— Tak! – Mówi Fi. – To jest samonapędzący samolot! – A ja znów pospieszam:
— Filu, to jest ostatnia twoja szansa, zakładaj skarpetki albo wyjdę z samą Ulą. A ty wyjdziesz też, ale później, z mamą i już nie na podwórko, tylko prosto do samochodu. – Zakłada.
— Tato, otworzysz drzwi? – Pyta U.
— Świetnie, i jeszcze buty. – Kontroluję ruchy Fi.
— Mogę już wyjść, tato? – U. nalega. Otwieram, U. zadowolona. Fi. też wybiega na klatkę.

— Ćśśś! – Uprzedzam, bo już zaczęli się wzbudzać, jak sprzężenie głośnika z mikrofonem. – Wiem, że lubicie echo, ale nie krzyczymy na klatce, powtarzałem sto razy. A ty, Filu jeszcze butów nie masz, zakładaj! – Rzucam mu buty – rozchodzone już „adidasy”.
— Filu, buty. – Wspomaga mnie A., atakując z drugiej linii. Fi. wreszcie sięga po buty, siada na klatce schodowej, zakłada.
— No, już zakładam. – Mruczy pod nosem. U. z dezaprobatą staje mu nad głową, ręce zakłada i litościwie przyzwala:
— No dobra, braciszku, zakładaj te śmierdzące kapcie. – Chichocząc, rozstajemy się z A., na parę minut.

«
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: