Kanar

Wsiadłem z wagonu i chciałem jak zwykle prędko przesunąć się dalej. O ile to możliwe. W godzinach szczytu przesiadka na stacji Świętokrzyska przypomina przepęd bydła przez dość ciasne bariery. Samemu nie czuć się bydlęciem – jak? Można się rozpaczliwie chwycić smartfona. Krowy nie używają smartfonów. Albo książki. O, książka jeszcze lepsza. Można też po prostu nie myśleć o tym.

Tak samo, jak można nie myśleć o kanarach. Pamiętam jednego faceta, który uczył w szkole radzenia sobie ze stresem. Powiedział, że jednym ze sposobów jest szukanie konfrontacji. I podał swój przykład: tak panicznie i jakoś chorobliwie bał się kontrolerów biletów, że postanowił przez rok jeździć na gapę i pracować nad swoimi emocjami. Ja mam coś innego; nie lęk, tylko wstręt.

Na ogół więc, widząc kanara, idę prosto przed siebie, jakby z lekceważeniem. To chyba odnosi skutek, bo może wyglądam na takiego, który ma bilet. Ale tym razem, trochę zirytowany tym tłumem chciałem ominąć jednego faceta. Wyglądało to pięknie: wprost jakbym usilnie starał się uniknąć kontroli. Doskoczył do mnie w dwie sekundy – sympatyczny z gęby kanar mojego, słusznego wzrostu.

– Bilet proszę do kontroli. Halo! Bilet. – Powtórzył, widząc, że dalej jakoś się usuwam boczkiem. Wtedy wziął mnie ten wstręt. Uczułem nawet satysfakcję, że uchodzę za pasażera na gapę, że może daję mu nadzieję, że kogoś złapie. Chciałem grać tę rolę dalej, podświadomie i silnie.
– Nie lubię tych, tam, tego… – Mruczę gderliwie i już widzę siebie z boku, że jestem śmieszny. Ale to nic.
– Czego pan nie lubi? – Podnoszą się brwi kanara.
– No tego sprawdzania. – Tu się poprawiłem sam przed sobą, bo nie powiedziałem „nie lubię kanarów”, jak kiedyś. I wtedy usłyszałem: „to taryfą niech se pan jeździ, co pan…”
– Nikt nie lubi. – Rozpromienił się nagle sympatyczny dryblas. Podobało mi się i drażniło mnie zarazem to jego zadowolenie. Dać próżną nadzieję, czy wkurzyć – co lepsze?
– Kiedyś mnie dwa razy złośliwie potraktowali kanarzy i od tej pory…
– Złośliwie?! – Wykrzyknął niemal, jakoś dobrotliwie i z politowaniem.
– Ano tak, raz było tak, że… – Zacząłem swoją historię, wyciągając z torby bilet… Dałem mu nie dokończywszy.
– Ale widzę, teraz pan na miesięczny, więc problemu nie ma. – Podsumował kanar prawie śpiewająco.
– Nawet kwartalny. – Wycedziłem i odwróciłem się na pięcie.

– „Co ja za głupoty robię”.  – Mówiłem sobie w duchu.
– Ano, głupoty. – Odpowiedział Duch.
– Więc jednak?
– Co, nie przebaczyłeś im jeszcze?
– Masz na myśli te dwie historie, kiedy oni złośliwie…? Och, przecież obaj wiemy, że wykonywali swoje obowiązki zgodnie z przepisami. Tylko że ja się czułem niesprawiedliwie potraktowany, mimo wszystko.
I tak było i nadal się tak czuję. Na ich miejscu nie wlepiłbym mandatu, zrozumiałbym, puścił. A może nie. Dzisiaj już i tego nie wiem. Wiem tylko, że to jest niskie, śmieszne i ludzkie, niestety: nie przebaczyć.

«
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: