Kalendarz

Dzień urlopu w dzień powszedni – i już wydaje się, że jutro niedziela. Ale to dopiero czwartek. Można też zrobić coś, na co nigdy nie masz czasu. Na przykład pójść z Fi. na judo. Pomysł mamy. Zresztą, jak się okazało, trafiony. Sama chodziła na judo, na wf na studiach. Fi. na pierwszych zajęciach był bardzo podekscytowany i przekonany, że teraz będzie mógł walczyć z Mi. – kuzynem i w ogóle zaraz wszyscy dostaną na zajęciach miecze i będą się naparzać. Tymczasem jest więcej zabaw ruchowych, fikołków itp. A przede wszystkim chłopaki (i jedna dziewczynka) uczą się ogarnąć i reagować na polecenia trenerki.
Trwa zabawa w policjanta i złodziei… – odgłosy gonitwy dochodzą mnie z niższego poziomu, tymczasem ja siedzę na ławeczce i przeglądam kalendarz z ubiegłego roku. Był mi niepotrzebny do planowania. Ale ponieważ dostałem go od żony, postanowiłem go zapisać. Zapisywałem do połowy marca. Do tego rysowałem markery-buźki – uśmiechniętą, smutną i zagniewaną. Najwięcej tych uśmiechniętych, na szczęście. Ale bywało różnie. Wspomnienia powstają w głowie, jak żywe, nie zawsze miłe, ale dobre. Dobre, bo… ponad tym wszystkim wdzięczność, że…
Są jakieś sukcesy, kiedy na przykład zamknąłem finansowo duży projekt, prawie bezbłędnie i z dobrym wynikiem. I pierwsze kroki U. – trzy tygodnie po pierwszych jej urodzinach. Jest i notatka, jak A. nieszczęśliwie rozwaliła felgę i bardzo się zestresowała. I, pamiętam, była zła, że ja jestem zły. Nie ukrywałem tych emocji, nie krytykowałem, ale też specjalnie nie pocieszałem. Jak ktoś coś zrobił niechcący, to też jest jego wina. Co tu do pocieszania? A. była odmiennego zdania. Dorysowałem buźkę smutną. 
Są jakieś odwiedziny, sylwester u siostry, jakieś poranki i wieczory, spotkanie z przyjacielem. Jest tamto choróbsko, co wszystkich nas położyło i już tylko wołałem do Boga. I jedno dość traumatyczne doświadczenie, z którym było mi ciężko przez dłuższy czas. Są randki i kino, i radość z nowego telefonu. I to jak odszroniłem i zatankowałem dla A. samochód, i rozgrzałem silnik z rana przy minus kilkunastu. Byłem zadowolony ze swojej niespodzianki, dorysowałem buźkę uśmiechniętą. I jak w „nowej” pracy dostałem mniejsze pieniądze; szczęściem w nieszczęściu było, że po pół roku już wyszedłem „na swoje”.
No i skończyło się rozpamiętywanie, skończyły się zajęcia Fi. Pomagam mu się przebrać. Ale niemrawo, niech się pomęczy sam, umie, mamy czas, akurat nie spieszymy się nigdzie. I myślę jeszcze o kalendarzu, zerkam na błyszczące „2016” jak na zamknięty rozdział. Z satysfakcją, jaką masz po przeczytaniu dobrej książki, dobrej historii, nasyconej zabawnymi, wzruszającymi i smutnymi momentami, bohaterami z krwi i kości, którzy najpierw zaskarbią sobie twoją sympatię, a potem wkurzają. A ponad tym wszystkim wdzięczność, że On cały czas jest blisko.
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: