Jonasz i kryzys wieku średniego

Skoro ateiści i poganie bywają dojrzali i umieją w życiu do czegoś dojść, to po co zaprzątać sobie głowę Bogiem?

Przy kawiarnianym stoliku siedziało trzech mężczyzn. Ja czekałem na swój obiad nieopodal i z braku lepszego zajęcia wpatrywałem się w nich. Byłem dość daleko, więc nie zwrócili na mnie uwagi, ale na tyle blisko, żeby słyszeć rozmowę. Najmłodszy streszczał swoją wyprawę z przyjaciółmi do Francji. A najbardziej interesujący był najstarszy – on tylko słuchał, potakiwał mrukliwym basem i wtrącał coś w stylu: – Przez Florencję? To na około.

Sprawiał wrażenie człowieka, który zna na świecie każdą autostradę, restaurację, łuk triumfalny, stocznię i pustynię, słowem: wszystko. Zarozumiały? Może troszkę. Potrafi zorganizować, może zapłacić i wie, co warto. Z wprawą oddziela błyskotki od dzieł sztuki i bajery od innowacji. Łatwo odróżni pozera od pioniera. Rzeczowy, ale nie ignorant, a przede wszystkim: doświadczony, dojrzały mężczyzna, który do czegoś w życiu doszedł. Takie sprawiał wrażenie.

Wyszedłem z kawiarni i myślałem o tym: „dojść w życiu do czegoś” i „dojść do dojrzałości” – to chyba jedno i to samo. Dojrzałość to zdolność do wydania owocu. Po czym się to poznaje? Po tym, że po kilku latach od zasadzenia jabłoń daje pierwsze jabłka. Po tym, że człowiek zostaje rodzicem, buduje dom…

Skoro ateiści i poganie rodzą dzieci i budują domy, dochodzą w życiu do czegoś, do dojrzałości, to po co wierzyć w Boga (poza tym, że dla zmartwychwstania)? Wierzę, czy nie, i tak deszcz pada na moje pole (Mat. 5:45), i tak się na tym polu urobię po pachy. A że przez własny trud osiągnę dojrzałość – to nie pycha. To zadanie od Boga.

A co mi oferuje Bóg? Pokój, czyli… że mi się nie odechce żyć, kiedy już coś osiągnę. A dlaczego miałoby tak się stać? Dlaczego Jonasz zażyczył sobie śmierci, kiedy wypełnił swoją misję, swoistą inicjację? Bo „prawdziwy Hebrajczyk” nie będzie jechał do Niniwy nawracać Asyryjczyków, tak jak „prawdziwy Polak” nie byłby pojechał do Berlina nawracać Hitlerowców. A jednak przemógł się, pojechał, Niniwa pokutowała i uniknęła strasznego zniszczenia. Nawróciło się i dzięki temu przeżyło miasto liczebne jak Płock i rozległe jak Londyn.

Jonaszowi bardzo się to nie podobało, tak że się rozgniewał. I modlił się do Pana, mówiąc: Ach, Panie! Czy nie to miałem na myśli, gdy jeszcze byłem w mojej ojczyźnie? Dlatego pierwszym razem uciekałem do Tarszyszu [na koniec świata]; wiedziałem bowiem, że Ty jesteś Bogiem łaskawym i miłosiernym, cierpliwym i pełnym łaski, który żałuje nieszczęścia. Otóż teraz, Panie, zabierz moją duszę, bo lepiej mi umrzeć aniżeli żyć. (Jon. 4:1-2, BW)

Okazuje się, że bez Boga dojrzałość rozczarowuje. Bez Boga może osiągnę w życiu sporo, ale wciąż niezadowolony, że „męska doskonałość” (Efez. 4:13) bierze się z rzeczy, na które wcale nie mam ochoty ani siły, takich jak: przebaczenie, bezinteresowna pomoc, tolerancja i cierpliwość, zachęcanie, łaskawe spojrzenie, uśmiech… w stosunku do ludzi, którzy są odpychający albo już się nimi zmęczyłem albo wręcz ich nienawidzę, bo mi się narazili.

W ten sposób (bez Boga) owszem, dojdę do CZEGOŚ, może nawet będą mi zazdrościć mojego dorobku (hurra?), ale dojdę umęczony. Kryzys wieku średniego zacznie się wcześniej, a nie skończy się nigdy.

Autor: jpz2

Powiązane posty: