Jaśniej

Postanowiłem wstać wcześnie, co nie było jakimś dużym wyczynem. Nie jestem z tych, którzy widzą w tym wyzwanie. Na dźwięk budzika o 5:45 podniosłem się, machinalnie ubrałem i wyszedłem. Aha, jeszcze zjadłem i zapakowałem do pracy naleśniki. Pochwaliłem siebie sam za to. Bo na ogół nie chce mi się tego robić. Schodząc po schodach, czułem w nogach zmęczenie poprzednich trzech dni. Ale gdy wyciągnąłem rower, siadłem na nim i poczułem, jak znów szybko się toczę, energia znów wstąpiła we mnie.
Przecinałem podwórka, typowe ursynowskie uliczki, poranne, chłodne, wilgotne powietrze, prawie namacalnie wiszące… a może to smog? Tfu. Było to zagęszczone jeszcze przez mrok poranka. Przesuwałem się szybko, jak pęcherzyk powietrza w akwarium. Patrzyłem, że świt już coraz silniejszy, a ja nawet nie potrzebuję włączyć światełek. Chociaż… latarnie wciąż się jeszcze palą… Ale zgasną, tak, przecież będzie już tylko jaśniej, już tylko lepiej. Jakie to przyjemne – powiedziałem sobie na głos: „już tylko jaśniej”.
Pokrzepiły mnie te słowa, gdy pedałowałem aleją Lotników – tą ulicą, gdzie zawsze wieje w plecy; to jakieś czary-mary. „Już tylko jaśniej” – jakie to dobre, zwłaszcza teraz, gdy jesień w pełni, ta jesień smutna, uprana w szarej mgle i snująca się jak pies pod bezbarwnym niebem. „Już tylko jaśniej” – tak powtarzając tę myśl, przypomniałem sobie werset, który jest o mnie. Jak to dobrze, że o mnie: „droga sprawiedliwych jest jak blask zorzy porannej, która coraz jaśniej świeci aż do białego dnia”. 
Przecież ani ja taki cnotliwy, ani szlachetnie ulepiony, ale łaska wszystko sprawia. „Jaśniej się robi” – myślałem o mojej przeszłości, że faktycznie, kurczę, naprawdę: jest coraz lepiej i więcej, i piękniej! „Jaśniej” – o mojej przyszłości; że tak się spodziewam, a pewnie, że z wiarą. I przy tym się namęczę, bo trzeba pedałować „dopokąd jadę”. Ale że się jaśniej robi – to już zupełnie nie w mojej mocy. I dobrze. Oj, jak to dobrze!
«
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: