Idę się sprawdzić

Niedawno pisałem test kończący kurs. Byłem tam służbowo, tak jak inni, starsi ode mnie. Ależ się stresowali. Zgodziliśmy się co do jednego: im dawniej opuściliśmy szkołę, tym gorzej znosimy sprawdzanie wiedzy.

Bo to jest stresujące – sprawdzanie wiedzy. Każdy to przeszedł, każdy wie. Ale codziennie bywamy sprawdzani. Może nie tyle z wiedzy, znajomości geografii, matematyki, historii, ale… z umiejętności, rzetelności, doświadczenia. To nie jest nic przyjemnego.

Mówi się: jak mus, to mus. Dobrze, napiszę. Zrobię. Trudno. – Raz kozie śmierć… – Mruczę pod nosem i wchodzę na spotkanie zarządu ze świstkiem, który udaje poważny raport. Albo jadę z żoną do szpitala. Ważna operacja. Groźne podejrzenia. Niepewność, nerwy. Co robię? Pękam, wspieram, modlę się? Nie, wolę nie próbować. Ale nie ma wyjścia. Nie ma planu B. Nie ma Ctrl+Z. Nie można wrócić do „Save-a”, jak w grze komputerowej, poprosić o powtórkę.

Nikt tego nie lubi. Kto mógłby sam się prosić o takie „sprawdziany z życia”? Tak, był taki jeden (a może i niejeden?), nazywał się Dawid:

Badaj mnie, Boże, i poznaj serce moje, doświadcz mnie i poznaj myśli moje! I zobacz, czy nie kroczę drogą zagłady, a prowadź mnie drogą odwieczną! (Ps. 139:23-24, BW)

Był też inny, Paweł, podobny kamikadze. I nakłaniał do tego innych:

Poddawajcie samych siebie próbie, czy trwacie w wierze, doświadczajcie siebie; czy nie wiecie o sobie, że Jezus Chrystus jest w was? Chyba żeście próby nie przeszli. (2 Kor. 13:5, BW)

To prawda: tyle wiem o sobie, na ile się sprawdziłem. Nie wiem, co bym zrobił, gdybym został zdradzony, bo nie byłem w takiej sytuacji. Nie mogę za siebie ręczyć, co się ze mną stanie w razie bankructwa. Bo go nie doświadczyłem. Dopiero doświadczenie, i to niemiłe doświadczenie, daje mi jaki taki pogląd na mnie samego, w sensie że mogę sam na siebie liczyć. Do pewnego stopnia.

Wyżej cytowane fragmenty Pisma różnią się trochę. W jednym jest mowa o tym, że Bóg mnie sprawdza. W drugim – sprawdzam się sam. Jedno i drugie jest dobre. Jedno i drugie – potrzebne.

Co jeszcze ciekawe, że bez sprawdzianu nie tylko wiem o sobie niewiele. Nie wiem nawet, czy idę dobrą drogą – do śmierci, czy do życia. Pytają: – Wierzysz? – Jasne, wierzę. – Skąd wiesz? Skąd ta pewność? Ta wiara – to wypróbowana? Wierzysz, czyli co zrobiłeś?

Bez sprawdzianu nie mogę być pewny zbawienia, ale jeszcze gorzej: nawet tego, czy ja naprawdę się nawróciłem; czy Chrystus jest we mnie. Rety! Grubo, powiem wam. Nie ma czasu. Trzeba iść na test.

Autor: jpz2

Powiązane posty: