Higiena

W marcu próbowałem oddać krew. Oddałem, ale niezupełnie. Po ok. 300 ml zacząłem tracić przytomność. Od razu o tym powiedziałem i tak pielęgniarz zdążył zareagować. Przerwał pobieranie, żebym nie „odleciał”. Skończyło się na dziwnym uczuciu w brzuchu, na sercu i na lekkich mroczkach przed oczami. Byłem już mądrzejszy niż za pierwszym razem, parę lat temu, kiedy musieli mnie ocucić. To stało się tak szybko.
Szkoda, bo taka niepełna dawka krwi jest, jak się dowiedziałem na miejscu, do wyrzucenia. Tzn. do utylizacji. Czy to znaczy, że byłem zbyt osłabiony? Nie wiem. A może nie mam predyspozycji? Spróbuję sprawdzić to za rok, wedle zasady „do trzech razy sztuka”. Chociaż przyznam, że nie lubię tego kłucia. A kto lubi? Niby to tylko dwa razy, ale…

Szedłem od tramwaju na Wołoskiej i przekraczałem bramę Szpitala MSWiA z jakimś niejasnym uczuciem niechęci lub lęku przed tym terytorium, tym terenem codziennych zmagań z chorobą, z cierpieniem, ze śmiercią, codziennych zwycięstw i porażek, codziennych porcji bólu i ulgi, zwątpienia i nadziei. Mijam boczne wejścia, tu – patrzę – jakaś kobieta w szlafroku wyszła na dymka. Moja siostra mówi, że to świetna okazja, żeby proponować modlitwę uzdrowienia, mówić Ewangelię. Ludzie są bardzo otwarci. 
Już wiem, już rozumiem. To dyskomfort przekraczania granicy pewnej niehumanitarnej „higieny”, jaką żeśmy sobie wypracowali w naszym cywilizowanym kraju. – Tak jest higienicznie. – Mówił mi kolega, z przekąsem i gorzką ironią, o tych szpitalach, hospicjach, domach samotnej matki itp. – Współcześnie nie odczuwa się dyskomfortu, że obok mnie ktoś cierpi, ociera się o śmierć lub gaśnie w oczach. Te rzeczy są odseparowane.
Siedzę w poczekalni tego centrum krwiodawstwa i myślę o K., dla której tę krew chciałem oddać. Że dla niej pozwalam sobie robić te drobne nieprzyjemności. Może tylko po to tu jestem, żeby pomyśleć o przekraczaniu granicy tego „higienicznego” świata. To uczucie się łączy z moją lekturą: czytam właśnie o aborcji i o tym, jak wielkie znaczenie ma pomoc matkom, które decydują się urodzić (lub są skłonne do takiej decyzji przy pewnym wsparciu psychicznym i materialnym). Jak ważne, żeby coś robić; by okazać troskę, zrozumienie, zaspokoić potrzeby.
Wczoraj doszły do tego refleksje o ludziach, których myśli krążą wokół eutanazji. Czują się opuszczeni i do niczego nieprzydatni – te dwa razem dają życie „bezwartościowe”. Życie, które woła o koniec, o śmierć, a tak naprawdę… o miłość. Porusza mnie to. Jakkolwiek to brzmi. Porusza. I pcha gdzieś poza granicę „higieny”. Czy będę umiał pomóc? A czemu nie? Pozostaje pytanie: …to kiedy?
Autor: jpz2

Powiązane posty: