Gwóźdź programu

Razem z U. wbiłem dwa gwoździe. Nie ma żartów. Dała radę. To było parę dni temu. Ma teraz tabliczkę ze swoim imieniem, wypisanym samodzielnie i z dumą, i przybitą do swojego krzesełka swoimi rączkami.
Fi. chciał mieć to samo. Ale dwa gwoździe – to było za mało. Wziął nieco większą tabliczkę, z tej samej resztki emdeefu w białej okleinie, wypisał swoje imię (w lustrzanym odbiciu, żeby nie było za prosto) i mówi:
– Tato, teraz trzeba przybić.
– Dobra. Sięgać młotek?
– Sięgać.
– No to masz…
Najpierw ułożyłem krzesełko na cienkiej poduszce. Żeby sąsiedzi nie klęli. Potem przyłożyłem gwóźdź do deski i z pewnym powątpiewaniem w zdolności syna i z obawą o własne palce, podałem mu młotek. Zaczęło się:
– Mocniej. Nie pod kątem. Prosto. Pozwól młotkowi spadać w dół. Po krzywym uderzeniu żadne palce gwoździa w pionie nie utrzymają. Chwyć dalej za trzonek, nie przy samym młotku. Większy zamach, dokładnie. Nie pod kątem. Dobrze. O, bardzo dobrze. Źle. Jeszcze raz. No, teraz ładnie.
Fi. albo nie mówił nic (gdy mu dobrze wychodziło), albo:
– Tato, ale ja nie umiem.
– Umiesz, już raz to zrobiłeś. Dawaj znowu.
Zmieniamy się, raz ja trzymam gwóźdź i on wbija, potem na odwrót. W końcu on sam trzyma i sam wbija. Niełatwe. Ta płytka dosyć twarda. Nie najlepsza dla nauki.
– Tato, ja potrafię tylko te duże uderzenia.
– Te duże, na koniec, na dobicie?
– No tak…
– Te są najłatwiejsze. Ale i te małe potrafisz, na pewno. Powtórz, to się nauczysz. Te pierwsze, delikatne uderzenia też musisz umieć. Bo jak nie będę ci pomagał, to co? Okaże się, że nie możesz wbić gwoździa? Dawaj, dawaj.
W końcu dwunasty łebek dobity.
– Brawo, dobrze ci poszło. Jestem z ciebie dumny. – Zamykam akt pierwszy.
Fi. idzie do kuchni.
– Ula zobacz, ja mam też taką tabliczkę jak ty.
– O, łał.
– No. I ja mam nie dwa, tylko dwanaście gwoździ. Zazdrościsz mi? – Patrzy wyczekująco na reakcję siostry. W odpowiedzi U. niechętnie coś mruknęła i odwróciła wzrok do jogurtu, który tymczasem pożerała. Swoją ulubioną, tyci łyżeczką.
– Filu, a to jest przyjemne uczucie? – Wtrącam się. – Jak ktoś ci zazdrości?
– Mhm, tak…
Dziecięca szczerość. Może nie taka zła… Mam jednak niejasne przeczucie, że nie chodziło mu wcale o te gwoździe…

Autor: jpz2

Powiązane posty: