Grzeczna

Ding dong!
– Kto to może być? – Zapytałem głośno. Widzę, że A. już zmierza do drzwi, za nią U. zaciekawiona. A. wróciła już z biegania, więc ten dzwonek to… może babcia An., która wróci wreszcie od cioci Li. Ciocia ma dziś urodziny, mieszka w sąsiedniej klatce, ale U. nie mogła ani An. zatrzymać, ani pójść razem z nią. Stała pod drzwiami z naszykowaną książeczką i ryczała. Nie dawała się pocieszyć.

Nie pozwalała też, żebym ja sam przeczytał. Nie chciała bawić się giętkimi-bajer kredkami, które dziś dostała. Kiedy je dawałem, mówię:
– Mam coś dla was od babci Bożenki!
– Taaak? – Podekscytowana.
– Tak. A byliście dzisiaj grzeczni? – Pytam, a wiem, że nie byli. W końcu od czego są telefony? A. żaliła mi się, a potem, gdy już

wróciłem, „zbierała” swoje emocje z sufitu, z notatnikiem, z książką i w końcu poszła biegać.

Tymczasem U. jakby już o wszystkim zapomniała.
– Taak! – Potwierdza za siebie i Fi., że byli grzeczni.
– Naprawdę?
– Tak.
– A dziś nie krzyczałaś i nie wrzeszczałaś na mamę? – Próbuję odświeżyć pamięć córki. Na twarzy U. maluje się szczere zakłopotanie, jakby ten „rozdział” faktycznie już wykasowała. Dlaczego mnie to nie dziwi…? – Obiecujesz, że nie będziesz już wrzeszczeć na mamę?
– Tak… – U. trochę nie wie, na co patrzeć: na mnie, czy na te kredki, które trzymam w ręce.

No a później ten dzwonek do drzwi: ding dong! Wyłączam odkurzacz, ściszam muzykę i przy tym upewniam się, że jestem w spodniach (co za podzielność uwagi, wow!).
– A kto to? – Pyta U. chwytając za nogę A. i lustrując uśmiechniętego pana w sutannie.
– To ksiądz.
– O, a nie jesteśmy na czarnej liście? – An. nagle zachodzi księdza od drzwi. Wróciła od cioci Li.
– Babcia! – Uradowała się U.

Ksiądz zaczął tłumaczyć, że on żadnej listy nie ma i w ogóle więcej czasu mu ta kolęda zajmuje, niż się spodziewał. Dowiedziawszy się, że jesteśmy protestantami, opowiedział o córce luterańskiego biskupa, która przeszła na katolicyzm, zabawna historia. Sympatyczny typ. No i, z braku czasu, zaproponował tylko wspólną modlitwę „Ojcze nasz” i że nas, i nasz dom pobłogosławi. Chętnie się zgodziliśmy. Nie wdawałem się w szczegóły, a mogłem… Po głowie plątała się myśl, że wszyscy w tym domu jesteśmy kapłanami. Gdy przyjdzie jeszcze jeden w sutannie, nie jest to nic szczególnego. Jednak słów błogosławieństwa nigdy za mało.

W notatniku ksiądz miał zapas „świętych obrazków”, których na szczęście nam oszczędził. W końcu protestanci… nie lubią obrazków jak wody święconej. Zaczepił jeszcze U.:
– A jesteście grzeczni?
– Mhm… tak! – Odparła U. A. przewróciła oczami. – A mój brat nazywa się Filemon!
– Nazywa się Filemon? – Ksiądz spojrzał na A., żeby się upewnić, czy się nie przesłyszał.
– Tak.
– A ty? – Zapytał znów U. – Jak masz na imię?
– Ula.
– Urszula, o jak ładnie… Miałem w szkole taką kole… nawet więcej niż koleżankę, która miała na imię Ula. – Młody ksiądz zatopił się w odmętach przeminionego.

– Potem ja poszedłem do seminarium, a ona znalazła sobie innego. – Ciągnął. – Udzielałem im ślubu. Wcześniej zapytałem, czy przy homilii powiedzieć te różne rzeczy, które mi pisała na marginesie w zeszytach. Zrobiła wielkie oczy. Ha ha. „Spokojnie”. Powiedziałem. „Zeszyt leży gdzieś w piwnicy, tylko na pamiątkę”. Ha ha. – Śmiał się serdecznie. I zwrócił znowu do U.: – No to co, nie kłócicie się z Filemonem? – Dopytywał. U. tym razem trochę się zmieszała, cofnęła buzię i spuściła wzrok. – O, nareszcie! – Pomyślałem. – Jakiś cień autorefleksji! To do tego trzeba było księdza?!

Autor: jpz2

Powiązane posty: