Grupy

Siedzę z An. w kuchni, opowiadam, jak to wczoraj było. 
— No i mówiłem też Ł., że to może być jak najbardziej – odpowiedź Boga na jego pytanie. Że to właśnie w taki sposób można się uczyć rozpoznawać Jego głos. To są słowa i zdania, które pojawiają się w głowie, a nie wywołują lęku, troski, smutku itp. I nie kłócą się z tym, co wiemy o Bogu, choćby z Biblii. No i że myśli zasadniczo mogą pochodzić z czterech źródeł: 1) sam świadomie nimi kieruję, 2) od Boga, 3) od złego ducha, 4) no i z… nosa, żeby gorzej nie powiedzieć. – Śmieję się z własnego żartu.
— No… masz rację… – An. też się śmieje. I dopytuje mnie, co tam jeszcze. I opowiadam pokrótce. An. wczoraj nie było, więc nie wie. Poszła na swoją grupkę domową. A nasza, tu u nas, nieco się rozpierzchła. Inni wyjątkowo przyjść nie mogli, pojawił się sam Ł. Mógłbym być zniechęcony, ale przeciwnie – wziąłem to za dobry „przypadek” to znaczy zrządzenie z góry, że akurat mogliśmy pogadać sam na sam. Może i ja, i Ł. tego potrzebowaliśmy.
Czułem potrzebę, żeby taką grupę mieć. Kiedyś miałem, od ślubu długo, długo nic, teraz znów. Myślę, że to jest właściwa forma spotkań kościoła, tj. zgromadzenia wiernych. Duże nabożeństwa nie pozwalają na bliskie relacje. Kiedy gram, robię nagłośnienie i – już teraz – mam dzieci, po prostu nie mam czasu prawie z nikim porozmawiać. A jeśli już, to pospiesznie – można tak załatwić sprawę, ale nie: zachęcić się wzajemnie, opowiedzieć coś ważnego z tygodnia, dobre doświadczenie, może zmartwienie i sprawę do modlitwy, może cenną myśl ze Słowa albo zasłyszanego kazania.
Wreszcie jest na świecie (i w Polsce) dość duży ruch kościołów domowych. Gdy grupa spotyka się co tydzień i powiększa tak, że już traci na jakości relacji, więzi, wzrostu w wierze – wtedy dzieli się na dwie. Nowy lider grupy zabiera „do siebie” tych, którzy chcą i tak kościół pączkuje dalej. Kilka razy w roku organizuje się duży zjazd, poświęcony wymianie doświadczeń, świadectw Bożego działania w życiu ludzi. A jest tego dużo, bo w międzyczasie dołączają wciąż nowi i nowi… i wszyscy… zmieniają się – na dobre. Ciekawy to model, nie uważam, że lepszy od nabożeństw ogólnych, coniedzielnych. Ale na pewno akcentujący wagę „spotykania po domach” – jak w pierwszych wiekach chrześcijaństwa.
«
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: