Gotuję się do dobrej roboty

W końcu W. wyjechała do Ruandy po raz trzeci, żeby pracować w sierocińcu. Na pewno zmieniła się od pierwszego wyjazdu. Chociażby tak, że w jej głosie słychać nową pewność. Półtora roku temu, kiedy myślała o Afryce i pytała w duchu „w czym mogę pomóc?”, brzmiało to jak pytanie człowieka, który przychodzi wesprzeć przyjaciela w budowie domu, ale ma o tym nikłe pojęcie i tylko domyśla się, do czego służą porozkładane tu i ówdzie materiały i narzędzia. Dziś zadaje to samo pytanie: w czym mogę pomóc? Ale tym razem podobna jest do kogoś, kto wybudował już dwa domy i zabiera się za trzeci. I wszystko wie, tylko pokora nakazuje mu pytać gospodarza, gdzie i do czego przyłożyć rękę.

To samo pytanie, a jakże inny sens! Ten sam cel podróży, a jaka wewnętrzna przemiana! Wtedy, w gruncie rzeczy, była pewna tylko tego, że chce pojechać. Dziś jest pewna tego, co zrobi, kiedy pojedzie.

A tak na marginesie: jest też pewna tego, jak Bóg bezwzględnie i mocno ją kocha. Bo tak to już jest, że na początku znajomości miłość upaja, olśniewa, zaskakuje. Ale nabiera prawdziwego smaku dopiero później; oglądam się na minione lata, widzę, ile dla kochanej osoby zrobiłem i dociera do mnie, że to wszystko bez miłości jest nic nie warte. Nieważne ile zasług, a ile zaniechań i win mam na koncie. Ważne jest tylko to, że ten ktoś mnie kochał przez te wszystkie lata i ja go też kochałem. Tak właśnie jest z Bogiem. I tak bywa też w małżeństwach, dzięki Bogu.

I wczoraj W. przed lotem do Kigali, pewna siebie i pewna bożej miłości wrzuciła na facebooka ten werset (tak, jak on brzmi w Biblii Tysiąclecia):

A gotowość uznaje się nie według tego, czego się nie ma, lecz według tego, co się ma. (2 Kor 8:12, BT)

Pochodzi on z tego samego fragmentu, który ostatnio opisywałem w kontekście równości (Jezus pierwszym socjalistą?). Paweł zachęca tymi słowami Koryntian, by dokończyli to, co sami wymyślili i zamierzyli. Aż się chce włożyć mu w usta polskie powiedzonko: „Bo wiecie, dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane”.

Ale chodzi o coś więcej. Myśl Pawła biegnie następująco, według wersetów 10-15: skorzystacie na tym, jeśli zrobicie, jak mówiliście (dokończycie akcję pomocy). I wystarczy to, co macie, bo dobre chęci, czyjąś gotowość chwali się według tego, co on ma (i daje), a nie według tego, czego nie ma (a mógłby dać). Bo nie chodzi o to, żeby komuś pomóc, odejmując sobie od ust. Chodzi o wyrównanie, to znaczy, że wy macie coś w nadmiarze, a oni tego potrzebują. I odwrotnie. Gdy się wzajemnie obdarujecie, będzie równość – taka, że jeden ma dużo, drugi mniej, ale każdy tyle, ile potrzebuje. Nie ma zbytku ani niedostatku.

Teraz pytanie sprawdzające: czy mnie można pochwalić za moją gotowość? Czy czuję się gotowy, żeby zrobić coś równie imponującego, a zarazem prostego, co W.? A jeśli nie czuję się gotowy, czy dlatego, że nie mam czego dać? To jest możliwe. Zwykle bywa tak, że nie mam na to, ale mam na tamto. Czas, pieniądze, zdolności… Po trochu znajdzie się nadmiar ze wszystkiego. Pozostają więc tylko dwa kroki do sukcesu: chcieć i zrobić.

Autor: jpz2

Powiązane posty: