Godnie

Kiedyś jeden mały chłopiec zapytał:
– Tato, a co to jest romans?
– Ojej, yyy, no, wiesz… A… właściwie skąd ty znasz takie słowo?
– A, przeczytałem w książce.
– Jakiej książce?
– No zobacz. – I synek otworzył tacie Biblię w języku angielskim na liście do Rzymian. Wszystko się wyjaśniło, tata odetchnął z ulgą, że nie musi się kłopotać.

A po co się kłopotać? Ja bym powiedział, że romans jest wtedy, gdy dwoje ludzi się kocha i chce spędzać ze sobą jak najwięcej czasu. Romans w małżeństwie? Oczywiście, wbrew definicji. Jestem za. Dlatego spontanicznie zapytałem An., czy nie mogłaby dziś uśpić dzieci i wybraliśmy się z A. …na kawę.

Nasza ulubiona kawiarnia nas tym razem zawiodła i zamknęła się trzy godziny wcześniej. Szybka decyzja: to gdzie?
– Może Stary Dom? – Proponuję.
– A… to… nie „za wysoko” dla nas?
– Nie musimy przecież jeść tam sutej kolacji. – Śmieję się. – No a poza tym… Nie wiesz, dopóki nie spróbujesz.

Wchodzimy, na wprost piękne kwiaty w kryształowym wazonie, lustro w ozdobnej ramie i pani, która obrzuca nas wzrokiem. Chyba bardziej mnie. Jestem w bluzie z kapturem, takiej co właśnie mi A. kupiła, żebym miał „bluzę z kapturem”. Podoba mi się. Jest nowiutka, ledwie metkę odciąłem, ale jednak to bluza z kapturem. Żadna marynarka, koszula.

Przynajmniej A. jest dobrze ubrana – pięknie i elegancko wygląda w swojej czarnej sukience. Pani, która nas obrzuciła wzrokiem (a może mi się tak tylko zdawało), teraz czeka na płaszcz. Żeby więc zrobić wrażenie (chyba na sobie samym lub na tej pani) pomagam A. rozebrać się i podaję płaszcz na wieszak.

Lubię w ogóle pomagać z płaszczem, otwierać drzwi auta i takie tam… I teraz zdaje mi się to jedyny gest, który może mi pomóc „zakwalifikować się” do tego lokalu, mimo tej bluzy z kapturem. No dobrze, może to nie jest opera, może mi się tylko wydaje. Dziewczyna w spódnicy w biało-czarne paski prowadzi nas po schodach i wskazuje stolik.

Zamawiamy mało, płacimy dużo. Smakuje wspaniale! Miła muzyka, nawet jedna stara piosenka, którą znam na pamięć – „Głupia miłość” Czerwonych Gitar. Prócz muzyki słychać więcej angielskiego niż polskiego. Jeszcze tylko napiwek. Kurczę, znów to samo: drobnych nie mamy, tylko dychę. Jak zwykle. Czasem były dwie dychy. No i rozmieniałem przy kasie, wiadomo, po co, więc trochę głupio.

Czasem zostawialiśmy trzy złote złożone z groszowych monet albo nic. Bo lepiej nic, niż niecałą złotówkę? Niekoniecznie. Ale teraz zostawiamy więcej, jakby to miało jakiś związek z dawnymi, zbyt małymi napiwkami. No i z tą moją bluzą, i z podawaniem płaszcza, i z poczuciem, że tu jest tak „wysoko”, choć może trochę przesadzam. Może to tyiko w mojej głowie, że się chcę poczuć godnie. Bez sensu. Zupełnie jak wtedy, gdy człowiek przychodzi do Boga.

Autor: jpz2

Powiązane posty: