• Podobne posty

  • Tagi

  • Archiwa

  • Trudno i kocha dalej

    Ostatnio słyszałem historie rozwodów, ale to takich, gdzie jedno niszczy drugiego. W miarę rozwoju opowieści odruchowo szukam winnych, odzywa się we mnie sędzia (niepotrzebnie). Dalej więc myślę: dlaczego nie mogli się dogadać przy tym rozstaniu? A potem: jakie „dogadać”? A dzieci? A przecież… oni sami cierpią.

    No ale nie pasowali do siebie – mówią ludzie. Wprawdzie on ją zdradzał, oszukiwał, wykorzystywał. Albo ona go gnębiła, pomawiała i ciągała po sądach, wyssała całą kasę… Ale przecież do siebie nie pasowali. Jakie „nie pasowali”? Po prostu się nie kochali. Już… nie kochali. Lecz nie tak było na początku (niemal pobrzmiewają słowa Jezusa).

    Ostatnio sprzedałem samochód. Był niewiele wart, w mechanice słabizna – silnik do remontu, bez mocy, zarzygany kopciuch. W środku przegniłe wycieraczki (woda podchodziła nie wiadomo jak). Smrodek przykryty aromatem pigwy, którą trzymaliśmy w bagażniku przez dwa dni. Gdy się posprzątało w środku i umyło z zewnątrz, wyglądał sympatycznie. Fajnie się go prowadziło. Kochałem go… przez długi czas. A w końcu przestałem kochać.

    Ale wszyscy wiemy, że NIE tak jest z ludźmi. Gdy kogoś przestajesz kochać, to wciąż warto i możesz… kochać go dalej! Tak! Powtórzę: wciąż możesz kochać dalej. Mówisz: serce nie sługa? Bzdura. Serce jest potężnym żaglem, skarbem. Pismo mówi, żeby go pilnować bardziej niż czegokolwiek innego, bo z niego tryska źródło życia. To znaczy, że mam wpływ na własne serce. Mogę nie patrzeć (czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal). Mogę nie myśleć i nie nakręcać się w pewnym kierunku.

    Mogę rozważać i chwalić w sercu to, co w niej dobre, zamiast kontemplować jej wady (albo jego). Mogę. Mogę! Oczywiście, miłość jest szalenie ryzykowna. Nie wystarczy kochać, by być kochanym. Nieraz bywa, że jedno wciąż kocha, a drugie z niego kpi i rani. To są sytuacje beznadziejne, trzeba wiedzieć, kiedy po prostu uciec. Ale przecież wystarczy dobra wola z obu stron, żeby przezwyciężyć każdą trudność. Skoro to takie banalne, skąd tyle rozwodów?

    Większość przypadków wyjaśnia fakt, że pobierają się ludzie duzi, ale nie dorośli. Nawet więcej: w małżeństwie nie chcą się uczyć dorosłości. To znaczy poświęcania się drugiemu (i trzeciemu…, gdy będą dzieci). Owszem, poświęcają się przez rok, dwa, siedem, piętnaście, a potem… z jakiegoś powodu przestają. W pewnym momencie poświęcenie zaczęło niszczyć a nie cieszyć. Wyjałowiło zamiast wzbogacić. Jak to ujął pewien doświadczony mężczyzna, „zaczął się taniec krzywdy i winy”.

    Miłość jest szalenie prostą konstrukcją. Jeśli złożysz jeden do jednego, to będzie hulać i nie da się zajechać. To jest dwoje ludzi, którzy dbają o drugie przynajmniej tak, jak o siebie (czasem nawet bardziej, jeśli jest taka konieczność). Dlaczego w tych prostych układankach tyle jest ułamków, tyle zer? A gdyby tak… Ach, rozmarzyłem się…