• Podobne posty

  • Tagi

  • Archiwa

  • Drugie dno

    fot. Alec Kondush

    Z takich chwil się składa życie. Wsiadam do autobusu i patrzę na ludzi, których przepuszczam przodem i którzy stoją za mną i obok. Poruszają się jak plankton, ja też jakby jestem częścią tego, co wpada do paszczy, co zaraz się zamknie za sprawą pneumatycznych siłowników. I pojedziemy. Tak to widzę na ogół.

    Takie to jest widzenie instynktowne, bezwładne, bezmyślne, odruchowe. Ludzie są tylko elementem krajobrazu, żywą częścią tkanki miejskiej. Poruszają nieruchome. Ożywiają nieożywione. Mimo wszystko są bezosobowi, obcy. Tak to czuję zazwyczaj.

    Ale tym razem jest inaczej, tym razem czytam książkę Dobromira Makowskiego pt. „Wyrwałem się z piekła” – wydanej przez Znak półtora roku temu. Odczekała swoje na półce, teraz mam ją w torbie i czytam wspomnienia tego wspaniałego człowieka, którego zresztą poznałem osobiście.

    Jestem pod wrażeniem, jak dużo bólu i beznadziei jest w tej historii; właściwie w pierwszej części, zanim przejdzie do bożych cudów. I kiedy tak „siedzę” w tym innym świecie; w łódzkiej biedzie i patologii z dzieciństwa Dobromira, to zaczynam patrzeć zupełnie inaczej na ludzi wokół.

    Jak? Jak na ludzi, którzy niosą ze sobą swoją historię. Wśród nich niewielu jest pewnych siebie „zwycięzców”. Więcej zatroskanych, z ciężarkami przeszłości na plecach. Z dzieckiem, które oberwało po buzi i pamięta do dziś. I które nie wiedziało, że to nienormalne. Dziś wie, ale to niewiele pomaga.

    A co pomaga? O tym właśnie pisze Dobromir. Niesamowite: po prostu opis życia – takiego, jakie było, jakie jest. Proste. A tak pogłębia widzenie, odczuwanie, ogółem wrażliwość na człowieka, jego „drugie dno”. Dopóki nie chcemy go zobaczyć, nic się nie zmieni. Nic, jestem prawie pewien.