Głód

Fi. od jakiegoś czasu jest hop do góry. Chyba jest głodny uwagi. Trochę jak bywam i ja (choć ja się dyscyplinuję i kryguję). Lubi wyrywać się do odpowiedzi, zaczepiać obcych, opowiadać niestworzone (jak również stworzone) historie.
– Idziemy? – Pyta przewodnik w jaskini.
– Tak! – Za całą grupę potwierdza Fi. Po chwili:
– Panu! (Osobliwa, nie wyrugowana jeszcze forma wołacza). A raz była wielka burza! – Zagaja bez związku z opowieściami o stalaktytach i draperiach. Pod koniec zaś ze śmiertelną powagą, głośno mówi: – Tato, bardzo się bałem, że w tej jaskini wyjdzie na nas najedzony, skalny niedźwiedź i nas wszystkich pożre. – Ludzie obok słyszą i z rozbawieniem powtarzają sobie te słowa. A ja trzeźwo

muszę objaśniać:
– Pół biedy, jeśli byłby ten niedźwiedź najedzony, gorzej jeśli głodny!
To tak jak z U. i z jej mamą. Cieszyć się życiem nie potrafią, póki żołądek woła. Zatracają nawet pewne zdolności poznawcze, o ile nie służą w ocenie: smaczne czy nie? Już to wiem i dlatego muszę jakoś uwzględniać w elastycznych planach dnia. Czasami jest jednak za późno. I tak na przykład po wyjściu z jaskini U., w ramach potęgowania swojego focha, bez wahania potaknęła na propozycję obcego, sympatycznego skądinąd pana po pięćdziesiątce (w naszej obecności, rzecz jasna), żeby z nim pójść… (gdzie?) Na szczęście rozumek wrócił po kilku sekundach i… kilku łykach gorącej czekolady.

Autor: jpz2

Powiązane posty: