Filmoterapia w parach

Chociaż nie jestem fanem kina (niewiele godzin spędziłem przed ekranem), doceniam to, co filmy potrafią wyczyniać w duszy. Jak zmieniają nastawienie, oceny, postępowanie i relacje człowieka. I o tym opowiadam dzisiaj – jak zawsze osobiście.
Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że nie jestem filmożercą. Temat filmów – jeden z tych, które rozpalają dyskusję nawet w skrajnie niemrawym towarzystwie – to dla mnie żaden temat. – „A oglądałeś to?”  – „A, to… No, fragmenty…” Większość filmów oglądałem „fragmentami” zajęty jakąś pracą na komputerze, raz po raz zerkając przez ramię, co tam leci w telewizji. Bo tata, bo siostra, bo ktoś włączył. Filmy, które zobaczyłem z czystej miłości do kina, samotnie, mógłbym policzyć na palcach jednej ręki.
Pamiętam, że kiedyś poszedłem do „Wisły” na Żoliborzu bez nikogo pod rękę, żeby obejrzeć „33 sceny z życia” Szumowskiej. To było przyjemne. Pamiętam, że będąc w Wiedniu na Erasmusie, obejrzałem na dziesięciu calach swojego mini-notebooka „Palermo Shooting” – do dziś na szczycie moich ulubionych filmów – obok „Goodbye Lenin”. To chyba tyle (w rezerwie jeszcze trzy palce, jakby ktoś mi chciał coś przypomnieć).
Powodów takiej skromnej konsumpcji mogę podać dwa: po pierwsze, to jest aż półtorej godziny (albo więcej)! Może lepiej byłoby coś w tym czasie przeczytać, napisać, pobiegać, pójść wcześniej spać…? Po drugie, większość filmów mnie nie interesuje, bo są kręcone dla rozrywki. A ja, gdy siadam do oglądania filmu (lub biorę do ręki książkę), zastanawiam się zawsze: czy czegoś się nauczę? Czy skłoni mnie to do istotnych rozważań o życiu? Może chociaż poruszy jakąś czułą strunę duszy, zainspiruje, że można inaczej, lepiej, weselej…? Nie? Ech… to nie warto. Dlatego też wolę kino europejskie od amerykańskiego. I dlatego nigdy nie oglądam dwa razy tego samego filmu (i nie czytam tej samej książki).
Za to moja żona ma inne podejście do kultury (co nie znaczy gorsze). Łyka książki i filmy „po bożemu”, jak każdy przyzwoity człowiek powinien, czyli te, które po prostu dobrze opowiadają ciekawe historie. Dlatego woli kino amerykańskie od europejskiego. I powtarza to, co ulubione. Nie może to być głupie, ale znów nie musi być strasznie mądre. Filmy (zaraz za książkami) były i są ulubioną rozrywką A., dlatego często siadaliśmy – jeszcze przed ślubem – razem na kanapie, z laptopem na kolanach, i oglądaliśmy… I tak zostało do dziś, chociaż częściej wybieramy kino, żeby jeszcze uświetnić sukces pt. „mamy czas dla siebie”!
A zatem… coś się zmieniło. Zacząłem oglądać CAŁE filmy. Wziąłem pod uwagę trzecią kwestię: to półtorej godziny spędzone RAZEM, wspólne doświadczenie, przeżycie. A przeżyć nie mierzy się w kategoriach głupie-mądre. One po prostu są: prawdziwe lub puste, silne lub bez znaczenia.
Takim prawdziwym przeżyciem było obejrzenie dwóch filmów, które wybrałem (wybrednie) z rankingu wszech czasów na filmwebie: „Przerwana lekcja muzyki” („Girl, Interrupted”) oraz „Wszystko za życie” („Into the Wild”). Obejrzeliśmy je z A. dzień po dniu (co za luksus!), trochę zmuszeni terminem bezpłatnego zwrotu do naszej ursynowskiej mediateki. Oba z półki „biograficzne” – tak się jakoś złożyło. Ale co ważniejsze, oba sięgały do głębi przeżyć bohaterów, obnażały dusze, pokrzywione, poranione, próbujące jakoś wyjść na prostą, dojść do ładu ze sobą i ze światem. Wędrówki bohaterów to podróże w głąb siebie i z powrotem.
Winona Ryder w „Przerwanej lekcji muzyki” gra dziewczynę, która trafia do psychiatryka na własne życzenie, tam zaprzyjaźnia się z innymi „wariatkami” (świetna rola Angeliny Jolie), uczy się samoakceptacji i walczy o siebie, swoją tożsamość, „normalność”. Z kolei Chris McCandless a.k.a. Alex Supertramp z „Into the Wild” (w tej roli Emile Hirsch) odbywa podróż przez Stany, dziką wyprawę (ucieczkę?), właściwie bardziej w przestrzeni duchowej, niż geograficznej.
Nie mogę zdradzić ostatnich scen i kadrów, ale gdy telewizor zgasnął, spojrzałem na A. z bliska – jak zwykle – chociaż było coś nowego w moim spojrzeniu. Uśmiechając się prawie niezauważalnie, patrzyłem w jej oczy, przenosząc wzrok to na jedno, to na drugie, tak jak robi to każdy z nas. Odczułem bardzo silną radość z faktu, który nie był dla mnie niczym nowym, odkrywczym. Po raz kolejny pokazało się, że wiedza i emocje – to dwie różne sprawy. A wiedza podgrzana emocjami – to coś, co zapisuje się w sercu i wywiera wpływ na sposób bycia.
Odczułem radość z faktu, że znam ją – moją żonę – to znaczy tę osobę, która chowa się w jej oczach i znam coraz lepiej i głębiej. Że przytulając ją, prócz ciała przytulam również (a może przede wszystkim) tego kogoś, kto jest w środku. I że mogę być, obcować, przeżywać coś wspólnie z osobą, która istnieje nie tylko swoim pięknym ciałem, ale też duszą i duchem, które w tym ciele widać i które nim kierują, kształtują je. Nadają mu charakter i wdzięk. Budzą podziw, szacunek, pociągają. I dopiero współbrzmienie wnętrza z fizycznością daje ten niesamowity efekt… spotkania.
Może być tak, że rozumiecie, o czym mówię, ale nie bardzo to czujecie. Ale może poczujecie to samo, kiedy obejrzycie jakiś szczególny film. Z kimś bliskim.
PS. Na marginesie: polecam podziwiać kino z głową, i zapoznać się ze stroną filmoterapia.pl.
Autor: jpz2

Powiązane posty: