Fakt znaczący

– Jasiuniu, a może byś zagrał „Zmartwychwstał Pan”? – Proponuje babcia, w poniedziałek wielkanocny przy stole, po obiedzie, po jajeczku.
– Ale to smutne… – Komentuje An.
– Gdzież smutne? – Dziwi się ciocia.
– Słowa wesołe, ale melodia smutna. – Próbuję pogodzić.
– Nie. Melodia też wesoła. I słowa wesołe. – Nie zgadza się ciocia.
– Jasiu, weź może to zagraj, co? – Nalega babcia.

Poszedłem do sypialni. Wyciągnąłem gitarę spod łóżka. Oczywiście, że znam tę pieśń. Ale akordy sobie wyszukam. I zwrotki. Gugluję, no i jest. Ćwiczę to. Przegrywam sobie też nasze kościelne „przeboje”, takie bardziej młodzieżowe, indie-rock. Wracam po długiej chwili.

– No, nareszcie jesteś. – Mówi Babcia Z. Babcia ma osiemdziesiąt dziewięć lat, jest po udarze, na szczęście nie takim strasznym. Dobrze się trzyma. A jednak gorzej, niż przed śmiercią dziadka J. – mojego imiennika. Ja już nie mam babci, więc cieszę się, że mam tę – przyszywaną. Bardzo ją lubimy.
– No zagram, zaraz tu zagram…
– A po co telefon?
– No wiecie, chciałem znaleźć tekst, chwyty. Będę z telefonu grał. – Wsadzam pod pachę gitarę.

Brzdęk, chrząk… Jestem gotowy… – „O śmierci, gdzie jesteś o śmierci?” – Pierwsze wersy inspirowane Listem do Koryntian, 15:55. Śpiewamy. Melodia brzmi jakby trochę południowa, hiszpańska. Sporo akordów mollowych, smutna jednak jest. Może właśnie dla kontrastu. – „Zmartwychwstał Pan!” – Babcia się wczuwa. I cieszy. Ja szczerze śpiewam, a strun nie żałuję, tempo trzymam allegretto. Potem jeszcze inne, te bardziej „nowoczesne”.

A. obok mnie siedzi i obserwuje bacznie wszystkich.
– No, babciuniu, tak przeżywałaś… Aż widziałam w oczach Uli fascynację.
– Tak mówisz? Ha ha, kochana… Ona też lubi śpiewać, co?
– No. Wszystkie piosenki z przedszkola chętnie przynosi do domu.
I tak się fala uspokaja. Wybrzmiało.

Było coś takiego w tym śpiewie i uniesieniu babci, co mnie ujęło. I to oczywiste, że ona, po tylu latach, przejściach, doświadczeniach, pracy i trudach – ona wie i rozumie z życia więcej. I nic, że już nie ma tyle siły i ochoty do nowego. Cóż nowego?! Jednak gdy trzeba, to energia sama się pojawia. W słowach i gestach, i melodii. Trochę nawet zazdroszczę…

Albo nie, dziwię się sam sobie, że zmartwychwstaniem tak mało żyję – jako faktem znaczącym. Że za mało je przeżywam. Czy to zmartwychwstanie jest dla mnie każdego dnia tak ważne jak dla babci? Babci, co jest przecież w takim wieku, że powoli już nie wypada śpiewać „sto lat”. Raczej sto dwadzieścia. A wypada dla odmiany… choćby o wstaniu z martwych. Wypada każdemu z nas, bo przecież to chwila, parę lat, a już przyjdzie czas, że… nie ma żartów, z grobu trzeba wstać. Się cieszyć.

Autor: jpz2

Powiązane posty: