Dziesięć plag – dzisiaj

Na podstawie Księgi Wyjścia, rozdziały 7-12

Dopijałem właśnie kawę i wiedziałem już wiele o życiu człowieka, który siedział ze mną przy stoliku. Ale wciąż intrygowało mnie jedno: napis na jego koszulce. Niby zwykły, biały t-shirt i nadruk, który graficznie nie rzucał na kolana. To mógł być slogan reklamowy, dowcip lub nic nieznacząca zbitka liter w stylu „legendary denim”. Ale w tym tkwił jakiś głębszy sens, nie dawało mi to spokoju: „BÓG PONAD HAJS”. Nie wytrzymałem i w końcu zapytałem wprost:

— No dobra, podobają mi się te wszystkie twoje historie, Bóg zrobił to, tamto, dzięki Bogu i tak dalej, ale powiedz mi jedno: co to za tekst na twojej koszulce? – Chłopak uśmiechnął się i zapytał:

— Chcesz krótko, czy długo? – Spojrzałem na zegarek. Zostało mi dwadzieścia minut. Mało. Ale w sercu czułem, że nie chcę zdawkowej odpowiedzi. Zaryzykowałem niedokończoną opowieść:

— Niech będzie długo.

— No to słuchaj, było tak. Kiedy na tym festiwalu usłyszałem o Jezusie – to już wiesz, to było jak błysk, pstryk! Zrozumiałem, że coś jest nie tak. I że muszę to zmienić. Nie wiem, czy to było pod wpływem emocji, czy jak, ale wtedy uwierzyłem, że Jezus jest kimś, kto żyje i może zmienić moje beznadziejne życie małego trybiku pogrążonego w nałogach. Podjąłem decyzję, powiedziałem to Bogu, że szukam wyjścia i wierzę, że On jest tym wyjściem.

I wtedy zaczęły się plagi. Tak to nazywam dzisiaj, wtedy po prostu nie wiedziałem, co się dzieje. Pełna dezorientacja. Najpierw, jeszcze na studiach straciłem stypendium. Myślę sobie: dobra i tak już kończę. Ale z dnia na dzień zacząłem odkrywać, że to było stracone pięć lat. Wszystko, czego się dowiedziałem, było podszyte jakimś kłamstwem. Potem druga plaga: praca. Okazało się, że mój szef i razem z nim cała firma był umoczony w grubą, naprawdę grubą korupcję. Całe doświadczenie, mój dorobek okazał się być ciężkim balastem. Obrzydliwa afera, kłamstwa, półprawdy. Poważne wyroki, bankructwo. Czegoś takiego nie wpisuje się do CV. Trzecia plaga: przychodziły jakieś dziwne kary, wydatki, rachunki, stare mandaty itd. Było tego mnóstwo, zleciało się w jednym czasie. Swędziało jak wszy.

A kiedy to minęło i ogarnąłem się, by dalej pchać swój wózek, zaczęły się dziać dziwne rzeczy wokół mnie, które właściwie mnie jakoś bezpośrednio nie dotykały, ale… No na przykład sąsiad z góry jak remontował łazienkę, cały pion rozwalił tak, że ludziom syfy zaczęły wychodzić na ścianach, tylko mnie to ominęło. To czwarta plaga. Albo spotykam się z kumplami i plaga piąta: w ciągu tygodnia wszyscy stracili pracę. A to jakieś restrukturyzacje, a to kryzys, a to konkurencja wygryzła… Tylko ja mam spokój. Czy w końcu szósta plaga, wyobraź sobie, że wracam z imprezy integracyjnej, następnego dnia przychodzę do biura, a tu tylko Ania – taka koleżanka, której na wyjeździe nie było – na recepcji siedzi, mówi, że mogę iść do domu, bo wszyscy się czymś podobno zatruli. I chyba tylko ja zdrowy jestem. A jadłem i piłem normalnie, co dawali. Ale nie poszedłem wtedy do domu. Siedziałem w pustym biurze. I wiesz co? Po raz pierwszy w życiu zacząłem się modlić. Ale nie tak „Aniele Boży stróżu mój…” i tego typu, ale ja mówiłem do Boga i potem słyszałem jak on mówi.

— Słyszałeś? I co ci mówił?

— Pamiętam chyba tylko najważniejsze, że mnie kocha, że mnie wybrał i że chce, żebym wyruszył w drogę.

— Jaką drogę?

— Tak w przenośni. A właściwie to i dosłownie. Zaraz powiem, ale jeszcze plagi dokończę. Potem była siódma: frank. Jak grom z jasnego nieba. Wszyscy moi znajomi byli zagrzebani w kredyty we frankach, a ja… właściwie nie miałem długów. No dobra, jeden mały kredyt na samochód, ale już prawie spłacony i to w złotówkach. I ósma plaga: to już na pewno sam pamiętasz, Amber Gold i inne afery… To było nie do wiary. Jak nie sraczka to padaczka. Naprawdę, nie uwierzysz, w jakie rzeczy ludzie pakują pieniądze. I akurat moi znajomi z pracy. W życiu bym się nie dowiedział, gdyby tych oszczędności nie stracili z dnia na dzień.

— A dziewiąta plaga?

— Ciemność.

— Jak to?

— Dosłownie. To znowu lokatorskie cuda. Siedziałem sobie w domu i nagle czytam w internecie, że w całej dzielnicy prąd wyłączyli – jakiś kumpel z telefonu przez fejsa pisze. Sprawdzam wiadomości, faktycznie. Wyglądam przez okno: ciemno, nic. Wychodzę na klatkę. Ciemno. Słyszę, jak sąsiad z dołu otwiera drzwi. „Jak tam, panie Marku?” – Pytam. – „No już godzinę nie ma prądu, masakra jakaś, panie, w całym bloku, gdzie tam, na osiedlu!”. – Nie mogłem uwierzyć.

— No, mi też jest trudno.

— Dobra, ale dziesiąta była ostatnia i najgorsza.

— Co się stało?

— A, nic właściwie.

— Jak to?

— W sensie nic złego. Ale moja żona zaszła w ciążę, już kolejny raz, mamy teraz dwójkę dzieci. Oczywiście wielka radość, przykręcona śruba, ale wiesz, co mi przyszło do głowy? Przypomniałem sobie, że przecież byliśmy niepłodni i te wszystkie wizyty, jeżdżenie po klinikach, frustrację, czas uciekał miesiąc za miesiącem. W końcu się udało, naturalnie, jesteśmy szczęśliwi. I myślę o tych wszystkich, którzy zostali z pustymi rękoma. A potem jeszcze o dziesiątkach tysięcy aborcji. To jest dopiero masakra, serio. To jest koniec przyszłości. Ja wiem, że są różne historie, sytuacje, ale to najgorsza plaga, jaką widziałem w życiu.

— No dobra, ale miałeś mi wyjaśnić, o co chodzi z tym „Bóg ponad hajs”.

— Aha, no tak, więc miałem ci powiedzieć, czego mnie to wszystko nauczyło. Te pierwsze trzy plagi były jak kubeł zimnej wody, różne przykre rzeczy nagromadziły się w jednym czasie i zacząłem myśleć częściej o Bogu, że miał być dla mnie wyjściem. No i… właściwie był, bo mnie wytrącił z kolein, którymi jechałbym do dziś. A potem następne trzy plagi, które wyglądały tak, jakby mnie omijało wszystko, co złe. Jakby Bóg chciał powiedzieć: „Widzisz? Twoje życie przestało się kręcić wokół hajsu, wybrałeś mnie. Chcę ci pokazać, że jesteś mój i oddzielam cię od tych wszystkich nieszczęść. Jesteś w dobrym miejscu, masz co jeść, zdrowy i czysty”. A następne trzy plagi z tymi pieniędzmi i ciemnością – to tylko przypieczętowało moją decyzję i poczucie, że się nie pomyliłem, że On, znaczy Bóg, musi być nade mną i czuwa nad wszystkim.

Jak tylko urodziły mi się dzieci, zacząłem myśleć o swoim życiu, no wiesz, czy będę dobrym ojcem i w ogóle. I uświadomiłem sobie też, że… nie boję się już śmierci, bo Jezus ją przeszedł i pokonał dla mnie. I wtedy otworzyły mi się oczy, wtedy właśnie zacząłem łączyć fakty i nazywać to wszystko „plagami”. I dotarło do mnie, że przyszła jeszcze dziesiąta plaga i mnie ominęła. Zupełnie tak jak w Egipcie. I że teraz pozostaje tylko wyjść, że nie ma już nade mną nikogo, nic mnie nie powstrzyma, ani mnie, ani moich dzieci.

Autor: jpz2

Powiązane posty: