Działki

Nie ma dla wielu działkowców większej miłości niż ta do roślinek. Nie mówię: na poziomie deklaratywnym, ale w sensie praktycznym. Okupują tę miłość opłakanym stanem kręgosłupa, opadaniem z sił na chorobowym i czasem bez rodziny, która pasji tej nieszczęśliwie nie podziela. I powiem jak moja żona (zawsze zaczyna tymi słowy, gdy chce się krytycznie o czym wyrazić): „nie ma w tym nic złeeego, ale…”. Nie ma „ale”. Jedyne „ale” jest takie, że ja tego bakcyla nie połknąłem, a kto inny owszem i to głęboko. Wszak jeśli się już wypełni pierwszy boży nakaz „rozradzajcie się i rozmnażajcie i napełniajcie ziemię” to co pozostaje? „Czyńcie ją sobie poddaną”. Jak w „Kandydzie”: każdy powinien uprawiać własny ogródek. 
A uprawianie to i miłość ogródka bywa wręcz fascynująca. Kiedy się przejdziesz po działkach, zobaczysz jedne – stare i zaniedbane, których właściciele zmarli lub wybudowali sobie dom z nowym, pięknym ogrodem, któremu się oddają, jak kochance, zdradzając starą działkę. Lecz starej działki się nie pozbędą – jak pies ogrodnika, nomen omen. Zobaczysz inne – jakoś utrzymane, trawa obok przystrzyżona, wstydu nie ma, ale nie ma też i serca za wiele. Albo (częściej) siły już nie te. Wreszcie trzeci sort działek – te najładniejsze. 
Sąsiad dał nam trochę borówek ze swoich krzaków. Ostrzega: 
– Mogą być trochę kwaśne, bo to się pomylić można; jedne mam krzaki lipcowe, drugie sierpniowe, trzecie wrześniowe. Mogłem za wcześnie zerwać.
– Ale to nawet lepiej, wie pan, ja lubię kwaskowe. Te borówki, co się kupuje, to dla mnie są wydelikacone zanadto. A kwaśne dobre. – Chwalę. – Ula! No przecież patrz, przewróciłaś! – I począłem borówki wygrzebywać z trawy, pięć minut, aż napełniłem znów cały kubeczek. Nie darowałem. A tak, wyskubując spomiędzy źdźbeł, nerwy jakoś koiłem.
– A wy tu jutro będziecie? – Sąsiad się znów odezwał.
– No, może będziemy, ale szczerze to nie planowaliśmy. 
– A to dobrze, bo ja chciałem chemią tu popryskać… – Tłumaczy. 
I się zaczęło: jakie to robaki, jakie grzyby, jakie kwaśne deszcze; co on sypie, co leje, jaki dół na kwaśny torf wykopał, jak obwiązuje i dogląda, i przycina, jak sadził na przemian krzewy – „chłopaka i dziewczynę”. I palce splata, żeby mi pokazać, jak one muszą się mieszać, żeby się zapylać wzajemnie. Ja słucham i słucham, upewniam się, co które: jabłonki, borówki, jagoda kamczacka (ponoć najmniej wymagająca), azalie, agrest, hortensje, róże, cisy, kalarepa, porzeczki. No i trawa – to jasne, że trawa, ale i ona ma swoją historię. 
– A w ogóle, to – mówi sąsiad – jak rodzice moi żyli, to tu, wie pan, był ogród botaniczny. No, wszystko! I ziemniaki nawet kopali. I kwiaty wszelkich odmian. A teraz to ja i z tym, co tu mam,  jestem urobiony. Ja tu z Jelonek na Czerniaków przyjeżdżam, praca zmianowa, to pan se może wyobrazić, nie? A dziś trawę skosiłem i na pysk padam. Bo ja na zwolnieniu jestem. – Patrzę na chłopa, nie wygląda wcale niewyraźnie. Rumiany, wielki, żywy. Pasjami opowiada, zmęczenia nie widać. Taka miłość, polska miłość.
Autor: jpz2

Powiązane posty: