Działa

Czasem mnie ktoś pyta o mój kościół. Wtedy staram się nie wgłębiać w tematy podziałów i różnic między katolikami a protestantami albo wśród samych protestantów. Nie chce mi się też tłumaczyć, kim są baptyści, zielonoświątkowcy, jakiś tam KBwCh lub w ogóle ewangeliczni chrześcijanie. Są to może ciekawe tematy, ale na ogół zabierają czas i okazję do powiedzenia komuś ewangelii.

Ochrzcili mnie po katolicku rodzice, gdy nie miałem jeszcze roczku, a siedemnaście lat później ochrzciłem się jeszcze raz, jako że wtedy już całkiem świadomie uwierzyłem w Boga, to znaczy postanowiłem być Mu wierny. No to po co dwa razy? Po prostu uznałem, że ten
pierwszy raz był na niby. Następne „sakramenty”: pierwsza komunia i spowiedź. Tak, chyba raz tylko poszedłem do konfesjonału. Nigdy więcej, bo… bałem się tych formułek. Głupi, ale skuteczny argument.

Odkryłem spowiedź wiele lat później. Już nie jako jakiś „sakrament”, ale wyznanie, które jest jak zapalenie światła w piwnicy. Nie dla rozgrzeszenia – to mam przecież i tak, nawet pokutując w ukryciu. Tylko dla wzmocnienia w walce. Takie rozmowy zawsze dawały mi poczucie, że jestem dzięki łasce silniejszy od diabła, który mnie oskarża i wymyśla od najgorszych. Odważyłem się, przyznałem, odwróciłem.

Inną rzeczą (obok spowiedzi „po katolicku”), którą zrobiłem tylko raz, była modlitwa z różańcem. Miałem wtedy może osiem lat. Chciałem spróbować. Jak, nie przymierzając, papierosa. Zamknąłem się w pokoju, czując się trochę głupio przed starszym bratem, który się dowiedział, po co i na co ja tam… I spróbowałem. Powtarzanie plus rozważanie. Nie, mocy w tym nie było. A czego się spodziewałem? Że zstąpi na mnie światłość światłości? Nie wiem.

Ale i rozważanie odkryłem później na nowo, rozważanie tego, kim Bóg dla mnie jest, co dla mnie zrobił, co jeszcze mógł przygotować, kim jestem w Nim i dzięki Niemu. A to nieraz robiłem… powtarzając słowa nie zawsze mi znane, bo wypowiadane „w językach” (dla ciekawych – tzw. glosolalia). To już było coś. Czułem się odnowiony, radosny, zbudowany.

A pierwsza komunia? Przyjęcie po raz pierwszy eucharystii w białej komży i czarnych pantofelkach też wyblakło w porównaniu z decyzją, podjętą dwa lata później, że chcę Jezusa jako Zbawiciela i jednocześnie Pana. To potraktowałem bardziej serio. Byłem jeszcze dzieckiem, ale chyba chciałem wtedy już znać odpowiedzi: kim jest Ten, o którym już coś niecoś wiem? Czy można Go spotkać? Czy On może mieć jakiś wpływ na moje życie?

Dziś wiem, że może mieć i ma, jak najbardziej i jak najlepszy wpływ. I właściwie nie znam nic innego, co DZIAŁA. Lub nikogo innego, kto by miał taką moc, by zmieniać mnie, człowieka. I wszystkich innych, o których słyszałem wspaniałe świadectwa. Ludzie mnie pytają o kościół, a często kończy się na stwierdzeniu: wiesz, ale JAK ten kościół może robić takie okropne rzeczy? Tu wymieniają najgorsze: pedofilię, chciwość, krucjaty itp.

Z różnych powodów nie bronię kościoła. Kościół nie jest jak ratlerek – „pies obronny, czyli taki, którego trzeba bronić”. Ale mówię: dobrze, jesteś zgorszony. Słusznie. Ci, którzy cię zgorszyli, odbiorą swoją karę. Ale co z tobą? Czy kiedy staniesz na sądzie, to będziesz miał jakąś wymówkę? Nie. Jezus mówi do ciebie dzisiaj, osobiście, wręcz intymnie: czy uznajesz się za słabego i niezdolnego do bycia dobrym o własnych siłach i rozumie? Czy jesteś gotów pokutować i przyjąć łaskę raz na zawsze, i wejść na drogę, na której ja rządzę?

«
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: