Dyskryminacja

W wielki piątek na ogół wszyscy pracują krócej. Albo tylko kobiety. Co? Ano, tak mówiła An.: 
– U mnie kierownik facetów wcześniej nie puszcza. – No tak, myślę ironicznie, niby po co? Razem z A. prawie łapiemy się za głowę. 
– Ależ… – Zająknęła się A.
– Przecież… – Zacząłem ja.
– To takie… seksistowskie.
– Bo co, mężczyźni to już nic w domu nie robią na święta? – An. na to:
– No, ja tam nie narzekam.
– Wiesz… – Mówię. – To oczywiste, że dla ciebie to czysta korzyść, że możesz wcześniej wrócić do domu, ale z drugiej strony to taka sugestia: idź już, kobito, do garów. A faceci mogą wrócić później. I tak siądą wtedy przed telewizorem.
– A, no to jak tak, to nawet mnie już wkurzył ten kierownik. – Kwituje An. z właściwą sobie porywczością.
No i już po świętach. Wieczór: odwieźliśmy razem z A. prababcię do domu. Babcia Z. dobrze się trzyma, jak na swoje osiemdziesiąt
siedem lat, ale eskorta już w zwyczaju i jest galancie. Zajeżdżamy na swój parking:
– A gdzie miejsce dla nas? – Burczę pod nosem. – Jeszcze o czternastej, jak wracałem z dziećmi, to połowa miejsc wolna była.
– Na święta przyjeżdżają, dwie godziny posiedzą i lecą do siebie. O, ten obcy, ten i ten…
– Ale to za późno, my zawsze na śniadanie umawialiśmy się z dziadkami, jak jeszcze żyli. Sałatka, jajeczko, wędlinka – tak się jadło. A w międzyczasie obiad podgrzało. Wracaliśmy po południu. A tego to ja nie rozumiem.
– Tak ci łatwo mówić, jak nie robisz jedzenia i tego ciężaru organizacji na sobie nie masz. – Rzeczywiście, przypomniałem sobie, jak A. przybiła piątkę z An., że się ze wszystkim wyrobiły i zadowolone.
– Ale, ale… przecież i ja nie próżnuję. Tylko że się do kuchni nie pcham, a zresztą jakbym się nawet i pchał, marne szanse, że coś mi będzie dane…
– No, masz rację, też coś robisz.
– O, widzisz, tylko wy mi zawsze te poślednie zadania spychacie, no to robię: kibel umyję, dzieci zabiorę, żeby się wam do nogi nie czepiały. A te najbardziej reprezentacyjne… – Wtrąciłem z nutką ironii. – Farsz do jajek, ciasto, mięso – to już tylko wy i wy. – A. śmieje się z przekąsem.
A ja tak myślę: jakie „poślednie”? Właściwie mi to pasuje. Kibel jest, wbrew pozorom, reprezentacyjny wybitnie, obżarstwo przecież dotyka wszystkich i wszyscy muszą skoczyć na dwójeczkę. A dzieci – to przecież luz i relaks – jak nie trzeba nigdzie zdążyć. Można się pobawić, że są pieskami i aportują szyszkę, to jest poduszkę. A ja leżę. Albo podreptać na plac zabaw i asekurować na drabinkach. I pokopać piłkę hen przed siebie, gdzie ją poniesie. I wrócić, jak padną i się pośpią. A jeśli o tym mowa; pora już na mnie.

«
Autor: jpz2

Powiązane posty: