Dużo

Wyszedłem na peron. W jednym ręku książka, której w pośpiechu nie zdążyłem włożyć do torby. W drugiej – płócienna torba z garem kapustki pozostawionym niechcący przez A. Dowieźć muszę, no, trudno. Ale diablo smaczna. O tych dwóch rzeczach wspomniałby pewnie autor, gdybym niechcący wskoczył do czyjegoś opowiadania. Zresztą, kto wie. W pociągach i wokół nich różne rzeczy się zdarzają. Kiedyś na peronach mieszały się czasy – lokalny z „przyjezdnym”. Ludzie wymyślili czas standardowy, ale ja tam nie do końca w to wierzę. Na peronach wciąż mieszają się światy, uczucia, doświadczenia i tęsknoty. Wystarczy tylko zwolnić krok, żeby to dostrzec. A ja właśnie nie śpieszę się, bo on jeszcze nie przyjechał – odebrać mnie.
W końcu wskakuję do swojego auta. Prowadzi szwagier, mówi:
– No to po drodze jeszcze do D. zajrzymy.
– Ach tak?
– To nie wiesz jeszcze?

– A co?
– No, dostaniemy żarcie. Mieli wczoraj imprezę i zostało tego dużo. – Szwagier lekko szczerzy w uśmiechu wyprostowane zęby. D. pracuje w gastronomii, nadzoruje knajpę, cateringi, wiadomo. To też jest zresztą śmieszne. D. pracował wcześniej jako sprzedawca. Spieniężał znaczne ilości sprzętu komputerowego. Miał też kumpla w tej pracy, który zdecydował, że wyjedzie na Ibizę albo jakąś taką wyspę, i będzie zarabiać na prowadzeniu imprez. W „Rejsie” zostałby „głupim kaowcem”. Gdy szef usłyszał, że D. w tym samym czasie odchodzi, powiedział: – „No nie, D., już w to nie uwierzę! Myślałem, że tamten – na Ibizę – to już niezła ściema, ale że ty do gastronomii?! Nie, no bez jaj…” – A jednak życie często płata nam figle i znosi jaja.
Zareagowałem na tę wiadomość jedzeniu z wdzięcznością… Bogu. Oczywiście byłem też wdzięczny D., ale w pamięci miałem fakt, że liczyliśmy każdą stówkę, zastanawiając się, czy nam starczy (czy nie ograniczyć się do popołudnia na sali zabaw, tam zresztą Fi. był bardzo zadowolony). A tutaj nagle wjeżdżają ekstra trzy michy surówek i blacha de volaille’i. Do tego okazało się dzień wcześniej, że w miejscowym mięsnym rzucili pałki kurczaka po taniości. Przyszło mi więc rozpalić grilla i obracać pięć kilo tego dobrego. Ale gdyby nawet skończyło się na ziemniaczkach, kapuście i torcie, to i tak byłyby to najlepsze rzeczy, jakie jadłem od dłuższego czasu. Jest tylko drobne „ale”. W tym wszystkim nie mieliśmy czasu dla najważniejszej osoby tego dnia – Fi., który w takich sytuacjach jest wycofany, nie włącza się w zabawy z innymi dziećmi. Tak naprawdę zamiast bawić się, wygląda jakby się bardziej uspokajał. Przemęczony tym wszystkim, po kilku płaczach w końcu usnął. 
Dochodziła północ i miałem ochotę zasnąć za kierownicą. Rano włożyłem uwędzone spodnie i czystą koszulę, wziąłem w pudełka trochę resztek i wyszedłem do pracy. W metrze wieszałem wzrok to na reklamach, to na ludziach dookoła. Na twarzy jednej dziewczyny zatrzymałem się na cztery mgnienia, by uzmysłowić sobie, dlaczego. Bo jakąś naturalnością, świeżością, regularnością przypominała mi tę twarz ukochaną, najlepszą, którą widzę co rano, kiedy obrócę się na bok. I patrzę wtedy na zamknięte oczy, na policzki i usta, na skronie i włosy, i jestem bardzo szczęśliwy. Myślałem teraz o tym, gapiąc się na przemykające za oknem odcienie ciemności tunelu i ta tęsknota sprawiła mi dziwną przyjemność. A gdy wrócę, będę miał baterie i wypróbujemy wreszcie ten prezent z Fi. Sami. I będzie czas. To wszystko – to już ogromnie dużo.
«
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: