Drzewo

Na huśtawce siedzą An. – teściowa i A. Pod nimi kucają Fi. z U., zajęci bardzo mocno rysowaniem na wydeptanej ziemi. Poszły w ruch patyki, kamyki. Fi. mówi: – Tato, narysuj coś olbrzymiego! – No to przykucam, ryję patykiem samochód – tak wielki, jak tylko się może zmieścić pod tą huśtawką. I co by tu jeszcze…
– Idziemy już? – Pyta A. – Jestem już zmęczona.
– Nie, jeszcze nie! – Protestuje Fi., nie podnosząc wzroku.
Rozejrzałem się dookoła jak jakiś nadpobudliwy dzieciak. Trzeba coś spsocić, a najlepiej wciągnąć w to dzieci, żeby nie wyszło, że ja to dla własnej tylko zabawy… Drzewo.
– Dobre drzewo. – Mówię. – Do wspinania.
– To se wleź. – An., chętna do prowokacji. Waham się przez moment. Ale włażę. Hop, hop. Pięć kroków i trzy metry nad ziemią.
– Kto chce ze mną na drzewo!
– Ja! – U. już biegnie.
– I ja! – Dołącza Fi.
Mama podsadza, tata wciąga, babcia robi zdjęcia. Trochę już się boją, złażą, zeskakuję, wracamy.
Pięknie to – takie rzeczy dzieciom pokazywać. No i co, że ryzykowne?  Następnym razem będzie wyżej. Same by na to wpadły? Pewnie tak, ale może później? Mi trochę tego brakowało, żeby mnie ktoś czasem wciągnął na to pierwsze drzewo, pokazał, że można próbować, bezczelnie: pukać tu, pukać tam. Niech ktoś doceni, a kto inny doszlifuje. Nie drzwiami, to oknami. Na konkurs, do wolontariatu, do sportu, do sztuki, do pracy. Nawet kosztem gorszej oceny z nielubianego przedmiotu.
«
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: