Doskonałość

Biegam między sceną, a mikserem i staram się błyskawicznie rozwiązywać problemy: dlaczego nikomu nie działa sterowanie przez wifi, dlaczego on albo ona nie słyszy nic w słuchawkach, dlaczego sygnał z pianina wchodzi, ale nie wychodzi? I wiele takich pytań kłębi się w głowie. Jestem teraz zadowolony właściwie z jednej tylko rzeczy: że nie zapomniałem dziś użyć dezodorantu.
Nie tak to miało wyglądać. Ale szczerze mówiąc, nie sądziłem, że przepinanie trzydziestu bez mała kabli według nowej kolejności zajmie tyle czasu. Na kartce wszystko wygląda ładnie i prosto. W praktyce potrzeba na to dodatkowej godziny lub dwóch. Jakby tego

było mało, zabrakło baterii do mikrofonu, 9V. Głupia drobnostka. Trzeba jej szukać nie wiadomo gdzie…

Na szczęście jest wokół sporo pomocników, akurat tylu, ilu trzeba. Jest pewien punkt krytyczny w kierowaniu zespołem: pomocników nie może być za dużo; masz dziesięć palcy u rąk do pokazywania, co trzeba wykonać, ale tylko jedną głowę, żeby zobaczyć, wyjaśnić, zachęcić, sprawdzić.
Poza tym nie sztuka pokazywać palcem. Sztuka nauczyć, by później polegać jak na swojej prawej ręce. I nauczyć od nowa, kiedy sytuacja się zmienia. I korzystać z rad tych, którzy wiedzą więcej od ciebie. Wszystko się zmienia. Wymyśliliśmy sobie nowy mikser w kościele. To oznacza więcej możliwości i lepszy efekt, a mniej pracy… i ogólnie rozwój, czyli potrząsanie i układanie rzeczy od nowa.
Te wszystkie myśli przyszły, gdy już ochłonąłem. Wtedy też byłem zadowolony z jeszcze jednej rzeczy (oprócz dezodorantu): nadziei, że zmierzamy do doskonałości. A że po drodze, z boku wygląda to tak, jakbyśmy się cofali w stronę chaosu, to i cóż?! Nie wszystko można przewidzieć i obliczyć. A jak było z narodzinami dzieci? Czasem pozostaje tylko ta nadzieja właśnie, że jednak idziemy do przodu.
Autor: jpz2

Powiązane posty: