Demony

Znajoma opowiadała świadectwo, jak wybrała się z koleżankami na wycieczkę. Trochę znikąd padło pytanie: „a ty wierzysz, że diabeł chodzi po ziemi?” Stało się ono pretekstem do rozmowy o Bogu i innych pytań, bliższych potrzebom serca. Mi przypomniała się wtedy księga Hioba, gdzie napisane jest, że faktycznie diabeł chodzi po ziemi. I można sądzić, że chodzi sobie aż po dziś dzień. Nie istnieje nic takiego jak piekło pod nami, w którym szatan dyryguje drużyną palaczy. Dante Alighieri i John Lennon wkręcają nas. Yoko Ono chodzi wokół fortepianu i otwiera te okna, a ten śpiewa: „Imagine there’s… no hell below us„… 
Nie muszę sobie tego wyobrażać, piekła i tak nie ma. No, będzie, kiedyś… i będzie się w nim smażył sam diabeł z innymi skazańcami. A tymczasem… Mamy z jednej strony sceptyków, którzy w diabła nie wierzą, jakby żywcem wyjęci z „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa (Woland by się uśmiał). I z drugiej strony hollywoodzka mitologia: straszenie zjawami i duchami, które pokazane są tak karykaturalnie i realistycznie zarazem, że aż nieprawdopodobnie. Gdy potem jakiś egzorcysta mówi, że demon wyszedł z człowieka, ludzie stroją sobie podśmiechujki, bo w głowach mają te wszystkie pop-upy (straszne gęby wyskakujące z ciemności, których nie poskąpi żaden szanujący się reżyser horroru).

Z trzeciej strony (jeśli istnieje trzecia) jest sobie ten diabeł, który chodzi po świecie. I mamy różne myśli w głowie. Ja na przykład mam od paru dni powracającą myśl, że jeśli przejdę na czerwonym świetle, to absolutnie Bóg nie będzie już chciał ze mną rozmawiać, dopóki nie będę żałował złamania przepisów. Rozważałem te „głosy” w mojej głowie, co tu jest z diabła, co od Boga, a co sam sobie wymyśliłem. I co? Rozważyłem, że… ta myśl jest z diabła. A czemu nie? Skoro Bóg może mówić do człowieka, to demon też. Zwykła sprawa. 
Dereka Prince’a (znanego nauczyciela) zapytał ktoś zafiksowany teologicznie: „czy chrześcijanin może mieć demona”? Prince odpowiedział: „oczywiście, chrześcijanin może mieć cokolwiek zapragnie”. Wystarczy dopuszczać do siebie złe myśli – często są to słowa, zdania, które pochodzą jakby spoza mnie. Sam bym sobie tego nie wykoncypował. Coś mnie inspiruje. Albo jak mógł Jezus powiedzieć do Piotra „odejdź szatanie”? Albo jest napisane, że „duchy nieczyste, gdy go [Jezusa] ujrzały, padły mu do nóg i wołały: Tyś jest Syn Boży. A On przykazał im surowo, aby go nie ujawniał”. (Mk 3) Przecież to nie były zjawy, to byli ludzie.
Gdy czytam, że „nie z krwią i z ciałem walczymy” (Ef 6), to cóż to jest innego, jak wiara, że nieraz ludzie robią lub mówią coś nie sami z siebie, ale kierowani, pobudzani, inspirowani przez złego? Wczoraj prowadziłem wywiad na temat Treningu Zastępowania Agresji (w skrócie ART – z ang.). Zapytałem dwie psycholożki, które to prowadzą, czy mają czasem do czynienia z podwójną moralnością: człowiek robi i mówi rzeczy zupełnie sprzeczne z jego własnymi przekonaniami, wartościami. Odpowiedziały: „Tak, wtedy chodzi o to, by wyćwiczyć w sobie nawyk oceny: czy w tej chwili zachowałem się dobrze”. A jeśli źle, to ja bym jeszcze dodał: „czy to był mój pomysł? czy jakiś obcy, demoniczny?”
Autor: jpz2

Powiązane posty: