Decyzje na hamaku

To wszystko są rzeczy, które snuły mi się po głowie w czasie tych lipcowych, wolnych dni. Myśli, które przyszły właśnie dlatego, że dni były wolne. Przychodziły podczas spacerów przez łany zbóż, pastwiska, wzdłuż jezior i rzek. Podczas leżenia na łóżku, na hamaku, na batucie…
Zdałem sobie sprawę, że to życie, które tak chcę przemyśleć, dzieje się teraz. Zaczęło się od tego, że w czasie urlopu przestałem pracować i używać internetu, z wyjątkiem mapy google w telefonie, żeby sprawdzić dojazd tu i tam. – To jest życie! – Myślałem. Zająć się żoną, dzieckiem, nie troszczyć o to, że nie wykorzystałem czasu, jak należy. Jeśli mam ochotę się położyć, to po prostu kładę się. I nic nie robię.
Są oczywiście pewne rzeczy, które muszę, ale to sprowadza się do opieki nad dzieckiem i zaspokojenia własnych potrzeb fizjologicznych, ewentualnie estetycznych (zamiatam, bo już za dużo rzeczy przykleja się do nóg).
Można powiedzieć, że jest to powrót do rzeczy najprostszych w planowaniu czasu, koniecznych. Wypełniam nimi swoje dni tak, jakbym wkładał do wazonu kamienie. Kiedy zdaje się, że wazon jest już pełen, okazuje się, że można tam jeszcze wsypać sporo piasku i to jeszcze nie koniec; potem zalać wodą.
Sypanie piasku to dość oczywista sprawa: gdy skończy mi się urlop, zacznę pracować. Jedna praca, druga, może nawet trzecia… – Wszystko to, co mnie zajmuje i odbiera domowi – żonie, dziecku. Wreszcie zalewanie wodą – czyli to, co robię w czasie wolnym, co w moim odczuciu też musi mieć jakiś dobry sens, być przyjemne, ale i owocne, nie tylko konsumpcyjne.
W czasie urlopu nie ma wody i nie ma piasku. Wydaje się, że wszystko można przemyśleć, zrewidować, nawet to, gdzie i jak pracuję. I nawet jeśli nic się nie zmieni i jeśli po urlopie będę robił dokładnie to samo, co przedtem, to takie poczucie szansy jest potrzebne. I frapujące. Bo zadając sobie pytanie: co chcę zrobić ze swoim życiem, zauważam, że rozchodzi się nie o następne siedemdziesiąt – daj Boże – lat, ale o najbliższy tydzień, dzień… Czas tak bliski, że domaga się decyzji, a nie marzenia, czy nawet planu.
– „Jeśli chcesz coś zmienić w swoim życiu, musisz coś zmienić w swoim życiu.” – Przypomniał mi się zabawny truizm. A myślę, że każdy z nas czasem chce „coś zmienić” i to jest część ludzkiej natury, całkiem pożyteczna, o ile ten odruch karmiony jest raczej wdzięcznością niż pogardą dla własnego losu.
Starzy ludzie, którzy ogląd życia mają zazwyczaj szeroki i mądry, często narzekają na to, że już nie są nikomu potrzebni lub przynajmniej takimi się widzą, czują. Ale „potrzeba bycia potrzebnym” tkwi przecież nawet w dziecku, jest silna, trwała, głęboka. I to jest chyba jeden z instynktów, który pcha do zmiany. Mogę na przykład myśleć: jestem taki wspaniały, szkoda, żebym się marnował.
A to poczucie zmarnowania jest dość częste. Mnóstwo ludzi pracuje w miejscu i w sposób, do którego nie zostali wykształceni, wychowani, ba! nawet powołani, czy stworzeni! Nie wspominając już o tym, co się robi oprócz pracy.
Dobrze, jeśli te słowa mają w sobie choćby cząstkę beztroskiego lata, czy też nastrój – jak go nazywam – „pomaturalny” pod tytułem „mogę wszystko”. Polecam każdemu właśnie taką refleksję w czasie wolnym, by zdać sobie sprawę i namacalnie tego doświadczyć, że „nic nie muszę”. Polecam wewnętrzne remanenty, rewizje, resety (oby nie alkoholowe), reminiscencje, rewaloryzacje, reperacje, rekonwalescencje, renowacje i remonty. Oraz odpowiedzi na pytania: dlaczego?, i co teraz?, po co? A przy tym najlepiej porozmawiać sobie z Bogiem.
Autor: jpz2

Powiązane posty: