Wolałem głośną

Jest taka scena w „Kubusiu Puchatku”, kiedy Królik doprowadza do tego, że Tygrys, zgodnie z własną obietnicą, ma już nigdy więcej nie brykać. Królika nie obchodzi to, że Tygrys był mocno zestresowany, przyrzekając. Ma już powyżej uszu brykania. Wszyscy więc przyznają Królikowi rację; jak to się mówi u nas, „słowo się rzekło, kobyłka u płotu”.

Jednak gdy Tygrys, do głębi zasmucony smutną perspektywą niebrykania, opuszcza przyjaciół, wtedy wszyscy po kolei, począwszy od Kubusia, a kończąc na Króliku „przypartym do muru”, przyznają, że woleli tego dawnego Tygrysa. W tej sekundzie z powrotem wbrykuje Tygrys.

To właśnie mi się dziś przypomniało, gdy trzymałem na kolanach U. – zmęczoną chorobą – jakimś okropnym, wirusowym zapaleniem gardła. Nie straciła głosu doszczętnie, ale zachowywała się jak Bernardo – niemy pomocnik Zorro, który potrafił się świetnie porozumiewać bez słów.

U. nic prawie dziś nie mówiła, pewnie po to, by oszczędzić sobie bólu. Trochę bawiła się sama. Przez dłuższy czas trzymałem ją, przytulałem, karmiłem, głaskałem. I tak sobie pomyślałem, i powiedziałem to na głos:
– Ech, ja jednak wolałem tę głośną Ulę, wiesz?
Tak to już jest: najlepiej docenia się cokolwiek, gdy doskwiera ci brak.

Autor: jpz2

Powiązane posty: